Stłuczony słoik i wielkie marzenia
„Reszty nie trzeba” to czwarta produkcja Śląskiej Sceny Młodych – międzymiastowego projektu teatralnego działającego w Rudzie Śląskiej, Zabrzu i Katowicach, który od lat rozwija artystycznie dzieci i młodzież. Tym razem twórcy zabierają widzów między sklepowe półki, gdzie marzenia mają zapach codzienności, a magia rodzi się z rzeczy pozornie zwyczajnych. O musicalu, w którym stłuczony słoik uruchamia lawinę zdarzeń, a stanowisko menadżera osiedlowego sklepu staje się spełnieniem dziecięcych snów, rozmawiamy z Bartkiem Banasikiem - pomysłodawcą Śląskiej Sceny Młodych, autorem scenariusza, muzyki i reżyserem spektaklu, którego rudzka premiera odbędzie się 11 kwietnia w Śląskim Teatrze Impresaryjnym.
– Zawsze inspirowałeś się bajkami. A tym razem… to już nie bajka?
– Czy na pewno? To zawsze jest jakaś bajka. Ten spektakl kierujemy głównie do młodzieży, ale wizualnie trafi też do najmłodszych – spokojnie od trzeciego roku życia. Natomiast rzeczywiście bardziej opieram się tu na świecie rzeczywistym. Ale przecież były bajki, które też działały w realiach bez magii. Choćby realizowana wcześniej przeze mnie „Dziewczynka z zapałkami”. To nadal jest baśń – coś, co nigdy się nie wydarzyło, ale ma odniesienie do naszych czasów i do tego, jak postrzegamy marzenia. Niektórzy mają marzenia w innej skali niż my. I to jest okej – czasem nie trzeba marzyć „dużo”, żeby być szczęśliwym.
– Czyli czerpać radość z małych codziennych przyjemności. A przynajmniej zacząć je dostrzegać.
– Tak.
– I o tym jest musical?
– Przede wszystkim o tym. O tym, że można pokładać marzenia w tym, co nas otacza. Dla jednych coś wydaje się mikroskalą, a dla innych jest ogromnym pułapem. Możemy patrzeć na główną bohaterkę i nie rozumieć jej marzeń, ale potem przychodzi refleksja: skoro dla kogoś tak niewiele jest wystarczające, to dlaczego dla nas to, co mamy, czasem takie nie jest?
– Jakie marzenia ma główna bohaterka?
– Chce zostać menadżerem lokalnego sklepu osiedlowego. Od dziecka ten sklep był dla niej wielkim przeżyciem – chodziła tam z mamą, bawiła się w sklep w domu. I nagle, przez zbieg okoliczności, trafia na rozmowę rekrutacyjną, a potem – zupełnie przypadkiem – zostaje menadżerką. Przekłada swoje marzenia na sklep: dodaje kolory, zmienia politykę działania, robi promocję na wszystko, bo „to najważniejsze”. Wymyśla nawet system, który uruchamia się, gdy klient powie „reszty nie trzeba” – wtedy kasy zaczynają świecić, gra muzyka i wszyscy pracownicy tańczą. To dla niej symbol zaufania klientów – i jej wdzięczności.

– A jak kończy się ta historia z „resztą”?
– Tego nie zdradzamy. To zostawiamy widzom. Ale będzie to moment trzymający w napięciu. Ważne jest też to, jak „góra”, czyli zarząd firmy, orientuje się, że coś poszło nie tak. Przychodzą na kontrolę, widzą braki w towarze, bo wszystko było sprzedawane po maksymalnie promocyjnych cenach. Jej działania – pełne dobrych chęci, ale bez doświadczenia – prowadzą do punktu kulminacyjnego. Zarząd docenia zmianę kolorystyczną, ale za resztę musiałaby ponieść konsekwencje finansowe. Czy wróci na stanowisko? To już odpowiedź w spektaklu. Końcówka jest refleksyjna, ale jest też happy end. Jaki – to już trzeba zobaczyć.
– Jest takie powiedzenie: uważaj, o czym marzysz, bo może się spełnić.
– No właśnie. Wymyśliłem na potrzeby spektaklu porzekadło z branży „sklepikarskiej”: gdy klient stłucze słoik, trzeba pomyśleć marzenie – i ono się spełni. Od „marzenia stłuczonego słoika” zaczynają się wszystkie perypetie. Spektakl jest o dążeniu do marzeń, ale też o tym, żeby zachować powściągliwość. To, że coś nam się udało, nie znaczy, że wszystko wiemy najlepiej. Czasem lepiej rozwijać się tam, gdzie jesteśmy, niż od razu robić rewolucję.
– Ewolucja, a nie rewolucja.
– Tak. To myśl przewodnia.
– Musical zapowiada się pogodnie – choćby przez różową kopertę z zaproszeniem, pastelowy plakat…
– Chciałem, żeby było aż cukierkowo. Na początku sklep jest szarobury, dopiero ona dodaje mu kolorów. Jedne jej działania są dobre, inne mniej, ale wszystkie są szczere.

– Mam wrażenie, że tym razem jest tylko jedna główna bohaterka. Poprzednio mieliśmy trzy Królowe Śniegu…
– Tak, tu światło pada na jedną postać. Pracownicy sklepu są ważni, ale to ona podejmuje decyzje i niesie akcję.
– Kto gra te role?
– W każdej naszej lokalizacji kto inny. W Rudzie Śląskiej – Paulina Gajewska, w Zabrzu – Weronika Kordoń, a w Katowicach – Witold Piasecki.
– Chłopak?
– Tak. Scenariusz jest bezosobowy. Każda rola mogła być dowolnej płci. To było ciekawe wyzwanie. Piszę piosenki sam, więc zwykle „pod swój głos”, co bywa problematyczne. Ale po 10 latach wiem już, w jakich tonacjach aktorzy czują się dobrze. Teraz, odkąd sam robię aranżacje, mogę dopasować tonację do każdego wokalu. Robię też dekoracje, plakaty, grafiki – kiedyś musiałem tłumaczyć komuś swoją wizję, a efekt nie zawsze był taki, jak chciałem. Teraz mogę przełożyć ją od A do Z. Dzięki temu łatwiej zachować spójność między plakatem, dekoracją i spektaklem. A reszta… niech już wydarzy się na scenie.
bl
Autor wpisu