Disney po śląsku
To, co miało być kameralnym muzycznym spotkaniem w gronie najbliższych przyjaciół, z każdym miesiącem rosło w siłę, przeradzając się w widowisko o wielkim rozmachu. Już 20 września na deskach Śląskiego Teatru Impresaryjnego w Rudzie Śląskiej odbędzie się premiera projektu „Disney po śląsku”. Jego pomysłodawczyni, Patrycja Zając, opowiada o kulisach pracy, które wypełniły jej ostatnie miesiące – i o marzeniu, które przerodziło się w muzyczne widowisko.
Pomysł kiełkował w jej głowie na długo przed tym, zanim „śląskość” stała się modnym nurtem. – Zaczęło się od tekstu, bo przecież tak naprawdę muzyka już była – wspomina Patrycja Zając. – Ten pomysł narodził się ze dwa lata temu, może nawet wcześniej… To był czas, kiedy tematy „śląskie” jeszcze nie pojawiały się aż tak często. Stwierdziłam, że kultowe piosenki z filmów Disneya wyśpiewane po śląsku – to będzie coś świetnego. Choć nie jestem Ślązaczką w genach, to tutaj się urodziłam. Kocham różnego rodzaju gwary i odrębności regionalne; gdziekolwiek jadę w Polskę, zawsze się w nie wsłuchuję. I bardzo chciałam pokazać „śląskość” w zupełnie nowej odsłonie.
Patrycja od początku wiedziała, że nie chce, by śląski język był sprowadzony do żartu. – Zawsze się obawiam, że wykorzystujemy naszą gwarę tylko po to, żeby się pośmiać. Wcześniej śląski pojawiał się głównie w prostej rozrywce, na zasadzie zbitek słownych, językowych żartów. A ja chciałam pokazać go w kulturze wysokiej. Zespolenie światowej muzyki Disneya z naszym językiem daje szansę na pokazanie śląskiego dziedzictwa w naprawdę szlachetnym wydaniu, przede wszystkim jako mowy, w której możemy mówić i śpiewać naprawdę o wszystkim. Także o kochaniu – czyli pszoniu…
Przekład disneyowskich piosenek na śląski okazał się zadaniem wymagającym ogromnej precyzji. – To są tłumaczenia artystyczne. Rytm i akcentacja słów muszą perfekcyjnie zgadzać się z muzyką. To jest hipertrudna robota i Ania Morajko – Fornal poradziła sobie z tym genialnie. Tam, gdzie ma być sentymentalnie, jest sentymentalnie, a tam, gdzie ma być śmiesznie – jest dowcipnie, lekko, ale bez cienia przesady. Nasza śląska Arielka brzmi fantastycznie.
Pomysł szybko zaczął wymykać się z pierwotnych ram. – Ten projekt miał być dużo mniejszy. Zakładałam czwórkę wokalistów, mały band, kameralne granie i śpiewanie w grupie serdecznych przyjaciół. A potem pomyślałam: a może chórki? I nagle z czterech osób zrobiło się trzynaście śpiewających. Do tego kwartet smyczkowy. Poczułam, że musimy to zrobić tak, żeby to miało profesjonalne ręce i nogi.
Patrycja od początku wiedziała, że potrzebuje kogoś, kto udźwignie muzyczną stronę projektu i nada jej profesjonalny sznyt. Dlatego do współpracy zaprosiła Grzegorza Kasperczyka, którego rola w całym przedsięwzięciu jest – jak sama podkreśla – absolutnie fundamentalna.
– Grzegorz jest kierownikiem muzycznym i odpowiada za wszystkie aranże instrumentalne. To on rozpisuje partie dla muzyków, tworzy cały szkielet brzmieniowy. Bez niego projekt nie miałby takiego rozmachu – mówi. To właśnie on buduje muzyczną architekturę spektaklu: od instrumentów klawiszowych, przez perkusję, bas i gitarę, aż po
on jest. Pierwsze wrażenie jest dla mnie kluczowe. Oczywiście artyści muszą dobrze słyszeć, mieć dobry słuch harmoniczny, muszą umieć radzić sobie w chórkach – ale energia jaką ze sobą wnoszą, jest kwartet smyczkowy, który dodaje całości elegancji i filmowego charakteru. Za realizację dźwięku odpowiada Klaudia Fredrych z Fredsound – więc całość warstwy dźwiękowej trafi w najlepsze ręce.
Wybór wokalistów był dla Patrycji procesem niemal intuicyjnym. – Dobieram ludzi na zasadzie energii serca. Patrzę na człowieka i od razu wiem, jaki najważniejsza.
Praca nad projektem to nie tylko same próby. Wcześniej były to także godziny spędzone nad nutami. – Siedziałam nocami, rozpisywałam chórki, nagrywałam wykonawcom ich partie, żeby mogli się uczyć. To są godziny pracy, których nikt nie widzi. Poza tym dochodzą sprawy organizacyjne – biletowanie, plakaty, doskonałej jakości nagłośnienie, profesjonalne oświetlenie. Oprawę plastyczną i kostiumy przygotowuje Magda Wołek. – Zrobiła nam profesjonalny moodboard – taki przewodnik po paletach kolorów i stylizacjach. Mamy więc radosną sekcję blink – blink, potem „wioskowe legendy” w czerwieniach, oczywiście „morską przygodę” – od ciemnych fal oceanu po piasek plaży. Dalej jest „lodowe królestwo”, tiule, szyfony, błyski. A na końcu klimat z Herkulesa – muzy, gladiatorzy. To jest tak pięknie przemyślane, że na scenie co nie dośpiewamy, to dowyglądamy – śmieje się Patrycja. – Chcę, żeby każda piosenka miała swój klimat. Momentami bardzo energetyczny, a chwilami intymny, kameralny. Światło ma tu ogromną rolę. Oświetleniowiec, którego zaprosiłam do współpracy będzie miał ważną rolę – z muzyką musi współgrać oświetlenie, tu chłodne światło, tam ciepłe światło, przejścia. To musi być spójne i wzajemnie się dopełniające. Widowisko zostało zaplanowane jako dynamiczna opowieść. – Będą sceny solowe, będą sceny zespołowe. Chcę, żeby to się przeplatało – raz dynamika, raz intymność. To ma być koncert, który żyje, oddycha energią.
Projekt otrzymał honorowy patronat prezydenta miasta Michała Pierończyka. – To dla mnie bardzo ważne – zapewnia Patrycja – Czuję, że miasto widzi w tym wartość. Mam nadzieję, że wrześniowa premiera będzie początkiem cyklu. Chciałabym robić też potem wersje edukacyjne dla dzieci, z grami i zabawami połączonymi z nauką śląskiego.
Trzymamy kciuki, bo zapotrzebowanie na tak oryginalne podejście do śląskiego języka jest ogromne. „Disney po śląsku” został objęty patronatem medialnym redakcji Wiadomości Rudzkich.

Autor wpisu


