„Doświadczenie wiceprezydentapomaga w byciu radnym”
Debiutujący w roli radnego wiceprezydent miasta w latach 2015-2022, dawniej rzecznik prasowy dwóch śląskich wojewodów, dziennikarz radia Flash, a obecnie wiceprezes Funduszu Górnośląskiego. Z Krzysztofem Mejerem rozmawiamy o byciu radnym, byciu gorolem i o jego pasji, czyli bieganiu.
Debiutujący w roli radnego wiceprezydent miasta w latach 2015-2022, dawniej rzecznik prasowy dwóch śląskich wojewodów, dziennikarz radia Flash, a obecnie wiceprezes Funduszu Górnośląskiego. Z Krzysztofem Mejerem rozmawiamy o byciu radnym, byciu gorolem i o jego pasji, czyli bieganiu.
– Jest takie potoczne powiedzenie – „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Pan się przesiadł z fotela wiceprezydenta na fotel radnego. Czy wraz z tym zmienił się punkt widzenia na miasto?
– Nie, punkt widzenia został taki sam. Moje doświadczenie wynikające z pracy na stanowisku wiceprezydenta zdecydowanie ułatwia mi pracę radnego. Znam wiele problemów miasta, bo widziałem je z „drugiej strony”. Wiem, jak można je rozwiązywać i wiem, jakie mogą być trudności, czy też ograniczenia prawne. Łatwiej mi debatować podczas posiedzeń różnych komisji, czy sesji Rady Miasta, ponieważ mam zdecydowanie szerszą wiedzę od pozostałych radnych, nie ujmując im oczywiście.
– Sam udział w dyskusjach to za mało. Wyborcy oczekują działań.
– Oczywiście, że tak. Ale ważne jest, by w Radzie Miasta byli także ludzie, którzy krytycznie patrzą na postępowanie władzy, bo bycie radnym nie polega wyłącznie na „załatwianiu” różnych spraw, ale też na ocenie pracy zarządu miasta. Staram się rozwiązywać problemy mieszkańców, chociaż tym się nie chwalę. Niedawno interweniowałem w sprawie niepomalowanych przejść dla pieszych po wymianie asfaltu. Wiem, do kogo trzeba w danej sprawie zadzwonić. Nie muszę o tym pisać w mediach społecznościowych. Ale też uważam, że dobry radny to taki, który patrzy nie tylko z perspektywy swojego okręgu, ale z perspektywy całego miasta. Zostałem wybrany głosami mieszkańców Rudy 1, Orzegowa i Goduli. Wiedzieli, że mieszkam w Halembie. I tak sobie myślę, że będę wiedzieli, iż będę aktywny na forum całego miasta, a nie tylko w określonej dzielnicy.
– Praca radnego to dla Pana dyscyplina zespołowa, czy jednak indywidualna?
– Myślę, że jedno i drugie. Ale żeby działać skutecznie, trzeba działać w grupie. Po prostu trzeba mieć za sobą większość w radzie. Nie bagatelizowałbym jednak działań solo. Każdy z radnych ma możliwość wyartykułowania swojego punktu widzenia, przedstawienia go podczas obrad komisji, czy Rady Miasta. Jest wielu radnych, którzy zadowalają się tym, że są w radzie, w grupie i wspólnie realizują swoje cele. Są także radni, którzy „po cichu” rozwiązują wiele różnych problemów, są w tym bardzo skuteczni i mieszkańcy to widzą, bo wybierają ich od lat. Ale są też radni, którzy są bardziej widoczni, aktywni i w ten sposób budują swój wizerunek. Trudno oczekiwać od grupy 25 osób takiej samej postawy.
– Czasami bezwzględnie trzeba grać drużynowo, chociażby po to, żeby obronić jakiś projekt, czy go przegłosować.
– Ale proszę zobaczyć, że mimo różnic, jakie są w Radzie Miasta, wszystkie projekty inwestycyjne, które są proponowane przez zarząd miasta, przechodzą bez głosu sprzeciwu. Spór dotyczy tego, czy dana inwestycja ma być realizowana teraz, czy później lub też na przykład powinniśmy zacząć od innej strony. Natomiast nikt nie neguje kierunków wyznaczanych przez zarząd miasta i to od wielu, wielu lat. Spory dotyczą tego, czy władze miasta dbają skutecznie o czystość w mieście, o bezpieczeństwo, o rozwój terenów zielonych, rekreacyjnych, ale co do głównych inwestycji – tutaj nie ma sporu.
– To co mieszkańców najbardziej dotyczy to np. równy i prosty chodnik, wymalowane pasy na jezdni, przycięte drzewo, oświetlona droga…
– Mieszkańcy oceniają władzę miasta poprzez pryzmat takich drobnych spraw. To zrozumiałe, bo każdy chce żyć w dobrym, czystym otoczeniu. Mieszkańcy nie wiedzą zbyt wiele o budżecie miasta. Bardzo często pojawia się pytanie, jak to możliwe, że przy budżecie powyżej miliarda złotych nie ma 100 tysięcy na załatwienie jakiegoś prostego problemu. Ale ten budżet jest bardzo skomplikowany, wydatki są precyzyjnie określone i czasami te 100 tys. zł naprawdę trudno znaleźć. Podczas kadencji śp. prezydent Grażyny Dziedzic wprowadziliśmy spotkania z mieszkańcami. Wiele osób je lekceważyło, ale jaki był efekt tych spotkań? Na początku słyszeliśmy: ,,Jesteście beznadziejni, bo nie potraficie wyciąć uschniętego drzewa, które rośnie przy drodze”. Po kilku latach pytanie w tej samej sprawie brzmiało już tak: ,,Wiem, że decyzję o wycięciu tego suchego drzewa podejmuje marszałek, ale czy moglibyście tego marszałka „pospieszyć”, żeby szybciej tę decyzję wydał?”. Jest różnica! Rewelacyjnie że prezydent Pierończyk te spotkania kontynuuje, bo one są ważne, mają walor edukacyjny. Niektórzy przychodzą na te spotkania wtedy, kiedy coś ich irytuje, wykorzystują je do załatwiania wielu swoich spraw. Warto wówczas uczyć mieszkańców, bo niestety nadal nie mają wiedzy o samorządności. Nie uczymy ich tego w szkole.
– Niedawno rozmawiałam z Pana klubowym kolegą, Marianem Makulą. Powiedział mi, że są hanysy, krzoki, i PH (prawie hanys). Kim Pan się czuje?
– Czuję się gorolem i nie mam z tym problemu. Zawsze wszystkim tłumaczę – trochę z uśmiechem na twarzy – że Ślązacy i Kaszubi byli poddanymi miłościwie panującego nam cesarza przez wiele lat, więc wiele spraw nas łączy. Nie widzę nic złego w podziale na hanysów, goroli, krzoków, czy „prawie hanysów”. To jest element kultury, historii, tradycji tego regionu. Lubię słuchać ludzi mówiących po śląsku i jestem wielkim zwolennikiem tego, by język śląski został ustawowo uznany jako język mniejszości narodowej, jako język regionalny. Patrzę jednak na to z „kaszubskiej” perspektywy. Wiem, co się wydarzyło na Kaszubach, kiedy język kaszubski został uznany jako język regionalny. To był wielki przeskok, wielka pozytywna zmiana, ale po latach okazuje się, że działacze kaszubscy, moi koledzy, mówią wprost: ,,język kaszubski umiera”. Dlaczego tak się dzieje? Bo to jest język, który się wynosi z domu. Jeżeli dziecko nie zostanie nauczone kaszubskiego, czy śląskiego przez rodziców, to nie nauczy się go w szkole. Jeżeli Ślązacy w domach od bajtla nie będą dzieci uczyć „godać”, to szkoła już tego nie zmieni.
– Skąd wzięło się u Pana zamiłowanie do biegania?
– Zacząłem biegać w wieku 44 lat. W pewnym momencie z niepokojem zacząłem patrzeć na wagę. Potem pojawił się problem, by wejść po schodach na drugie piętro. Uznałem, że coś muszę z tym zrobić. Dokładnie 2 listopada 2013 roku ubrałem buty, dres i wyszedłem pobiegać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to się przerodzi w pasję. Ale też wszystkim tłumaczę jedną rzecz – bieganie trzeba lubić i kochać. Nie uważam, że wszyscy powinni biegać. Generalnie ważna jest aktywność fizyczna i do tego wszystkich zachęcam.
– Bardzo dziękuję za rozmowę.
Barbara Lemanik
Autor wpisu