Z Bykowiny do Monako… na rowerach
Dwóch mieszkańców Bykowiny: ojciec i syn, udali się w trwającą miesiąc podróż rowerową do Monako. To nie tylko imponujący wyczyn sportowy, ale także wspaniała sposobność do pielęgnowania rodzinnych więzi i tradycji.
Aby dostać się do Monako z Bykowiny wystarczy wygospodarować sobie niecałe 5 godzin. Najpierw dojazd na Międzynarodowy Port Lotniczy Katowice, który zajmuje 40 minut, później czterogodzinny lot. Niektórzy wybierają jednak znacznie dłuższą podróż. Adam i Alan Pluszczokowie – czyli ojciec i syn z Bykowiny – postanowili pojechać do Monako na rowerach. Zajęło im to ponad miesiąc.
Wyruszyli spod domu 8 lipca, a na miejsce dotarli 3 sierpnia. Średnio pokonywali wówczas 63 kilometry dziennie. Najkrótszy dystans, jaki przejechali w ciągu jednego dnia, wyniósł 39 kilometrów. Było to podczas przeprawy przez granicę austriacko-włoską, w samym sercu Alp. Rekord wyniósł natomiast aż 90 kilometrów w ciągu jednej doby. To niemały wyczyn, szczególnie że Alan ma zaledwie jedenaście lat. Jak jednak przyznaje dumny tata, jego syn jest przyzwyczajony do aktywności fizycznej. Na co dzień trenuje w Akademii Piłkarskiej Ruchu Chorzów, a także uczęszcza do klasy sportowej. Wielokilometrowe rowerowe wyprawy są też zresztą rodzinną tradycją Pluszczoków zapoczątkowaną jeszcze przez ojca pana Adama.

– Wszystko jest pod egidą męskiej wyprawy i stanowi spuściznę po moim ojcu. To on zaraził mnie tą pasją i miłością do aktywności fizycznej oraz wspólnego przeżywania ojcowsko-synowskiej przygody – mówi Adam Pluszczok, który teraz podobną pasję z powodzeniem zaszczepia w swoich synach. Gdy chłopcy mieli 6 i 8 lat, wybrali się z ojcem w trzydniową podróż do Turawy. Dwa lata później przyszedł czas na Stegnę, a rok później na Rijekę w Chorwacji. Podczas najnowszej wyprawy Adamowi towarzyszył już tylko młodszy syn, a celem podróży stało się Monako.
Taki sposób podróżowania oznacza konieczność zabrania ze sobą dodatkowego ekwipunku, przede wszystkim namiotu i sprzętu potrzebnego do nocowania w terenie oraz gotowania, jak kuchenka gazowa. Większy bagaż niestety dodatkowo utrudnia wielokilometrową jazdę, ale dla Pluszczoków to nierozerwalna część całej przygody.
– Zasada jest prosta: pełen survival. Jak najdalej od ludzi i jak najbliżej natury – podkreśla Adam Pluszczok. – Najważniejszy w takich wyjazdach jest sportowy duch i trening. Taką większą wyprawę organizujemy raz w roku. Mniejsze wypady na 60 czy 100 kilometrów robimy jednak częściej, zwłaszcza w sezonie. Średnio raz na dwa tygodnie. Często chodzimy też na basen, a ja dodatkowo na siłownię – dodaje.

Rowerowe wyprawy są zatem dla rodziny czymś więcej niż tylko sposobem na aktywne spędzanie czasu. To także rodzinna tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie. Wspólne pokonywanie setek kilometrów pozwala nie tylko poprawić i utrzymać kondycję, ale przede wszystkim spędzić ze sobą czas z dala od codziennego pośpiechu, ekranów telefonów i miejskiego zgiełku. Dla ojca i syna każda taka wyprawa staje się więc nie tylko sportowym wyzwaniem, lecz także okazją do budowania rodzinnych więzi i tworzenia cennych wspomnień.
PT
Foto: arch. prywatne
Autor wpisu