12 Lipca – Dziś świętują: Andrzej, Euzebiusz, Feliks.

Śląska mowa

reklama wolne biura inkubator

Można odnowić familoki, zazielenić hałdy i zamienić pokopalniane tereny w nowoczesne przestrzenie. Ale jeśli zniknie język, którym przez pokolenia opowiadano o życiu na Śląsku, transformacja regionu pozostanie niepełna. O miejscu śląskiej godki we współczesnym świecie, jej szansach i wyzwaniach rozmawiamy z profesor Jolantą Tambor – językoznawczynią, profesor doktor habilitowaną nauk humanistycznych, dyrektorką Szkoły Języka i Kultury Polskiej UŚ, przewodniczącą Rady Języka Śląskiego .

Jolanta Tambor. Foto: Adrian Tync – źródło: wikipedia

– Spotykamy się w momencie symbolicznym. „Wiadomości Rudzkie” kończą właśnie swój udział w projekcie „Laboratoria czwartej przyrody: aktywizacja społeczności lokalnych w kierunku zielonej transformacji i rozpoznawania lokalnego dziedzictwa antropocenu”, w którym co miesiąc przybliżaliśmy czytelnikom oblicza sprawiedliwej transformacji. Ostatnią, podsumowującą publikację chcemy poświęcić naszej godce. Chcąc zachować akademicką poprawność, mówi się o niej dyplomatycznie: śląszczyzna… Czy rzeczywiście dziś musimy jeszcze używać tego terminu?

Prof. Jolanta Tambor: Absolutnie nie, już nie trzeba mówić dyplomatycznie! Wszystko „przekręciło” się w dobrą stronę. Oczywiście, jedynym bastionem oporu jest jeszcze pan prezydent i kilku internetowych trolli, którzy produkują czasami straszne wpisy na Facebooku, ale w środowisku naukowym sprawa jest jasna. My, językoznawcy, zajmujący się różnorodnością językową, uznajemy, że skoro na świecie istnieje około 7000 języków, w tym takie, którymi posługuje się zaledwie kilka osób, to absolutnie nie ma powodu, by unikać słowa „język” w stosunku do śląszczyzny. Czeka na formalny status prawny, czyli na wpisanie do Ustawy jako język regionalny w Polsce, ale naukowo jego status „lingwistyczny” nie budzi wątpliwości.

– Nowelizacja Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych, która nadaje mowie śląskiej status języka regionalnego trafiła na biurko prezydenta Karola Nawrockiego, który ją jednak zawetował. Lecz co tak naprawdę daje urzędowe uznanie śląskiego za język regionalny? Dlaczego ta kwestia prawna jest tak ważna, skoro Ślązacy i tak „godają” od pokoleń?

– To fundamentalne pytanie. Wielu sceptyków uważa, że Ustawa to tylko polityczny manifest, ale w rzeczywistości niesie ona za sobą ogromne, bardzo konkretne korzyści. Urzędowe uznanie wprowadza język śląski w tryby systemowej machiny państwa, a to zmienia reguły gry. Po pierwsze, otwiera legalną i stabilną drogę do edukacji szkolnej: śląskiego można by uczyć jako przedmiotu z oficjalnymi programami nauczania – oczywiście dobrowolnego, a w przyszłości młodzież mogłaby nawet zdawać z niego maturę. Po drugie, taki status pozwala na wprowadzenie dwujęzycznych tablic z nazwami miejscowości oraz daje możliwość używania języka jako pomocniczego w urzędach gminnych tam, gdzie społeczność śląska spełni odpowiednie kryteria ilościowe. I po trzecie – co nie jest wszak bez znaczenia – stwarza inne perspektywy finansowe. Status języka regionalnego nakłada na państwo obowiązek współfinansowania jego ochrony i rozwoju. To daje możliwości planowania i przygotowywania wydawnictw, edukacji, promocji. A przecież podręczników nikt nie wyda za darmo – choćby za papier i druk trzeba zapłacić. Ustawa daje stałe, coroczne finansowanie z budżetu państwa, dotowanie wydawnictw, mediów śląskich czy szkoleń dla nauczycieli. To krok do pełnoprawnej instytucjonalizacji.

– W przestrzeni publicznej głośno jest też o staraniach europosła Łukasza Kohuta, aby wpisać śląszczyznę na listę dziedzictwa UNESCO. Czy to pomysł, który może w jakiś sposób „ominąć” prezydenckie weto w sprawie ustawy o języku regionalnym?

– To są dwie zupełnie niezależne, równoległe ścieżki, które tylko częściowo nakładają się na siebie. Uznanie za język regionalny to procedura ustawowa w Polsce dająca odpowiednie uprawnienia, a wpis na listę UNESCO to uznanie międzynarodowe o charakterze kulturowym. Prezydent nadal, niestety, może wetować ustawę, choć bardzo chcę wierzyć, że w końcu przyjdzie taki moment, że ustawa zostanie podpisana. UNESCO wpisuje zjawiska na listę dziedzictwa niematerialnego, więc śląszczyzna trafiłaby tam jako bezcenny nośnik kultury. Taki krok przede wszystkim ogromnie podnosi prestiż języka na arenie międzynarodowej. Status dziedzictwa UNESCO ułatwi powoływanie się na konkretny fakt kulturowy przy wydawaniu kolejnych publikacji, przygotowywaniu nowoczesnych materiałów dydaktycznych, pozyskiwaniu środków na edukację dzieci czy kształcenie nauczycieli.

– Projekt, w którym uczestniczymy, dotyczy sprawiedliwej transformacji Górnego Śląska – czasu zamykania kopalń, rekultywacji hałd, leczenia ran zadanych przyrodzie. Czy nasza dbałość o godke w czasie trwających procesów zmiany przemysłowego oblicza Śląska może być swoistym elementem społecznej strony naszej transformacji?

– Sprawiedliwa transformacja nie może ograniczać się wyłącznie do gospodarki, wymiany kotłów grzewczych czy sadzenia zieleni na terenach pokopalnianych. Człowiek i kultura są integralną częścią ekosystemu. Transformacja dotyczy wielu regionów świata – nie zawsze przecież związanych z przemysłem ciężkim. I podobnie jest z ożywianiem języków – to dzieje się współcześnie na całym świecie. Dlatego nie wiązałabym kwestii odnowy języka śląskiego konkretnie z przemianą poprzemysłową Śląska. Tak widziane języki są domeną ekolingwistyki, dla której stosujemy bezpośrednią analogię do ekologii przyrodniczej. Tak jak ekolodzy walczą o zachowanie bioróżnorodności i ratowanie ginących gatunków, tak ekolingwistyka chroni różnorodność językową świata w dobie globalizacji. Dane są alarmujące: języki umierają dziś w zastraszającym tempie, szacuje się, że nawet dwa lub trzy w tygodniu. Ludzie na całym świecie – od Ameryki Północnej po Brazylię i kraje Azji Południowo-Wschodniej – uświadamiają sobie, że to ostatni moment na ratowanie unikalnych lokalnych kodów kulturowych przed globalną unifikacją. Walka o śląski przestaje być więc wyłącznie naszym wewnętrznym, regionalnym problemem, a staje się częścią ogólnoświatowego ruchu ochrony dziedzictwa niematerialnego.

Foto: Kamil Czaiński, Wikipedia
– Czyli jeśli zrewitalizujemy pokopalniane budynki, a pozwolimy umrzeć językowi, którym mówili ludzie tam pracujący, to transformacja Śląska nie będzie sprawiedliwa – będzie kaleka. Śląska godka to nasza tożsamościowa „zielona strefa”, o którą musimy zadbać z taką samą czułością, z jaką ekolodzy dbają o czyste powietrze czy odradzającą się na hałdach florę. Nasze starania wpisują się więc w nurt wielkiego, światowego ruchu absolutnej ochrony swoich korzeni. Kolejnym polem bitwy o ten tożsamościowy ekosystem jest literatura. Kiedy na rynku pojawiają się śląskie przekłady „Hamleta” Szekspira, „Małego Księcia” czy monumentalnej twórczości Tolkiena, w internecie natychmiast wrze. Sceptycy pukają się w głowę i pytają: po co to w ogóle tłumaczyć? Dla kogo? Czyż to nie jest zwykłe popisywanie się i tworzenie sztucznych językowych łamańców?

– Dla mnie odpowiedź jest oczywista. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego Polacy tłumaczyli Szekspira czy Tolkiena na polski, a Francuzi czy Niemcy na swoje języki. Każda społeczność, która ma świadomość własnej odrębności i tożsamości, która ma własny język, chce i ma pełne prawo obcować z najwybitniejszymi tekstami kultury światowej we własnej mowie. Dlaczego Ślązak nie może mieć możliwości przeczytania o rozterkach duńskiego księcia po śląsku? Dla kogo są te książki? Dla bardzo szerokiego grona – od koneserów literatury, przez młodzież, osoby, które dopiero na nowo odkrywają swoje korzenie po czytelników, którzy lubią po prostu czytać, a chcą to czynić w swoim języku. Ale te tłumaczenia mają też drugie, i naukowe, i emancypacyjne znaczenie. Pokazują potencjał i możliwości języka śląskiego. Żeby przetłumaczyć skomplikowane monologi Hamleta albo filozoficzne dialogi z „Małego Księcia”, tłumacz musi wykazać się sporymi kompetencjami, mieć wiedzę i językowy talent. Ja te przekłady bardzo cenię, patrzę na nie z zachwytem, bo to jest niezwykłe wyzwanie translatorskie i dowód dojrzałości języka. Jeśli ktoś chce pisać i tłumaczyć po śląsku, a ktoś inny chce to czytać – to należy temu przyklasnąć.

– Przejdźmy do najmłodszych „spadkobierców” tej językowej spuścizny, bo to od nich zależy jej przyszłość. Od lat wielką popularnością cieszą się dziecięce i młodzieżowe konkursy recytatorskie, jak choćby słynny „Ślązak Roku” czy lokalne przeglądy szkolne. Jak ocenia Pani ich rolę?

– Te konkursy odgrywają gigantyczną rolę w podtrzymywaniu pamięci i budowaniu dumy u dzieci. Dzieci ubierają tradycyjne stroje, mówią o ōmach i ōpach, opowiadają o tym, jak to downij bywało, jak się piykło chlyb albo jak dziadek szedł na szychtę.

– Lecz w dziecięcych wystąpieniach nawiązuje się głównie do przeszłości, do wspominania jak to było kiedyś…

– Bo tak jest najprościej. Tam słownictwo jest gotowe, osadzone w tradycji, sprawdzone przez pokolenia. I to jest piękne jako element edukacji regionalnej, przypominanie, powtarzanie tych słów, tych opowieści jest niezwykle ważne. Jednak jeśli zamknęlibyśmy dziecięcą i młodzieżową twórczość wyłącznie w sferze nostalgii i wspomnień, to zakonserwujemy śląszczyznę w skansenie. Ale coraz częściej zdarza się, że młodzi recytatorzy sięgają po teksty współczesne, pisane dziś. Dzieci chcą recytować, odtwarzać teksty współczesne – poetyckie i prozatorskie, uczą się pisania i opowiadania o teraźniejszości, a nie tylko odtwarzania przeszłości.

– Często się jednak zdarza, że młody człowiek, kiedy tylko zejdzie ze sceny, zdejmie stroik, wyjdzie ze szkoły, wyciągnie smartfon, to przestanie mówić po śląsku, bo nikt go nie nauczył, jak w tym języku opowiedzieć o grze komputerowej, o fizyce, o wakacjach w Hiszpanii czy o swoich nastoletnich emocjach. Konkursy muszą zatem zacząć prowokować do nowoczesności. W środowisku regionalistów trwa jednak „wieczna kłótnia” o to, jak ten żywy język zapisywać. Starsze pokolenie kurczowo trzyma się zapisu fonetycznego, podczas gdy młodzi kodyfikują nowoczesny alfabet śląski. Gdzie leży granica tego kompromisu?

– To rzeczywiście była oś sporu. Twórcy tacy jak Marek Szołtysek – o czym kilkakrotnie opowiadał podczas spotkań na naszych Edukatoriach Regionalnych – zaczynali swoją działalność w czasach, gdy ślabikorzowy alfabet jeszcze nie istniał, więc zapisywali słowa intuicyjnie, półfonetycznie, tak jak słyszeli. Nowoczesna ortografia wprowadza normy i konkretne reguły. Jeśli chcemy utrzymać witalność języka, wprowadzić go do edukacji i mediów, zachować dla potomności – musimy zgodzić się na wspólny zapis. Skoro alfabet istnieje, są reguły zapisu, język śląski zyskuje swą nową odmianę funkcjonalną – język literatury, odmianę publicystyczną, dydaktyczną, popularnonaukową.

Foto: Kamil Czaiński, Wikipedia
– Tworząc materiały edukacyjne czy kąciki językowe, ich autorzy stają przed dylematem: jak budować lekcje, by były atrakcyjne, a jednocześnie by nauczyć reguł gramatycznych?

– Do regionalnej edukacji językowej trzeba podejść tak, jak do każdego innego języka (obcego). Najlepiej wybrać temat przewodni, wokół którego gromadzi się odpowiednie słownictwo, a przy okazji przemyca się formy gramatyczne. Ważne jest uczenie właściwej odmiany, na przykład, że mówi się „z Godule”, a nie „z Goduli”. Dla mnie samej praca nad językiem bywa źródłem olśnień. Kiedyś ktoś przypomniał mi słowo ôszkrabiny (obierki) i nagle uświadomiłam sobie: „Przecież zapomniałam, że tak się kiedyś godało!”. Sama też stale się uczę. W moim rodzinnym domu nie używało się na przykład słów podzim na jesień czy jŏr na wiosnę, ale ponieważ poznałam wielu Ślązaków, którzy nimi operują, przejęłam je, bo są piękne.
– Na Uniwersytecie Śląskim prowadzone są Podyplomowe Studia z Wiedzy o Regionie oraz kierunek „Region: Język i Kultura”. Czy młodzi ludzie chcą studiować Śląsk, w całej rozciągłości tego pojęcia? Jego historię, kulturę, obyczajowość? Czy to jest rzeczywiście prawdziwa pasja – czy też „sezonowy” trend?
– Zainteresowanie jest wręcz niesamowite, to jest naprawdę głęboka i trwała tendencja. Na studiach podyplomowych „Region: Język i Kultura” zamykamy listy rekrutacyjne po zaledwie 40 minutach od otwarcia systemu, ponieważ chętnych jest dwukrotnie więcej niż miejsc. A przecież to są wymagające studia – słuchacze muszą poświęcić od 7 do 8 pełnych weekendów w semestrze. To ogromny wysiłek, a rezygnacje zdarzają się sporadycznie. Rezygnuje najwyżej jedna osoba na rok i to wyłącznie z ważnych przyczyn losowych. Kończymy właśnie dziewiątą edycję Studiów z Wiedzy o Regionie, co oznacza, że mury uczelni opuściło już około 300 absolwentów tego kierunku, Studiów: Region – Język i Kultura prawie 150. Co najistotniejsze, co najmniej dwie trzecie z nich to czynni nauczyciele. Oni niosą zdobytą wiedzę, zaobserwowaną i przyswojoną metodykę, zaproponowane techniki i pasję prosto do sal lekcyjnych, do dzieci i młodzieży. Co ciekawe, studiują u nas także osoby bez śląskich korzeni, które przyjechały tu z innych części Polski. Chcą zrozumieć otaczające ich tradycje, poznać przeszłość naszej ziemi, „poczuć” Śląsk.

– Żeby język przetrwał , musi żyć i opisywać nowoczesność. Jednak wraz z zamykaniem kopalń i hut, zasób śląskich pojęć, słów, który opisywał przemysłową przeszłość zaczyna ograniczać się do wspomnień. Próbuje się to zmienić. Pamiętamy czasy, gdy lokalne rozgłośnie radiowe „na siłę” próbowały wprowadzać serwisy informacyjne i sportowe po śląsku. Brzmiało to momentami jak kabaret. Czy śląszczyzną da się opisać współczesną fizykę lub informatykę bez popadania w śmieszność?

– Oczywiście, że się da, tylko nie wolno robić tego na siłę i sztucznie. Przecież w języku polskim mamy mnóstwo zapożyczeń z angielskiego i nikogo to nie dziwi. Jeśli chcę po śląsku opowiedzieć o informatyce i powiem: „Musicie kōmputer wziōńć i tyn ekran sam postawić”, to czy przestałam gŏdać? Nie, nadal mówię po śląsku, zachowując śląską konstrukcję i gramatykę, akcent. Nie musimy na siłę wymyślać neologizmów dla słów takich jak komputer, ekran, amper czy cewka. Ale… jeśli one się pojawią i przyjmą, to je zaakceptujmy. Jak mobilniok, który realnie i powszechnie przyjął się w godce, jak być może pancermantel z tłumaczenia Grzegorza Kulika, jak może moje fandzołki z tytułu rozmówek śląskich. Język rozwija się też poprzez zmianę lub nowe użycia starych słów. Świetnym przykładem jest bifyj – dawniej biały kuchenny kredens, mebel stojący w każdej śląskiej kuchni. Dziś młode pokolenie pewnie przyswaja i przywraca to słowo głównie dzięki jego funkcji onomastycznej, nazwotwórczej – pojawia się w nazwach modnych restauracji i kawiarni, takimi jak „Cafe Byfyj” na Nikiszowcu czy „Stary Byfyj” w Piekarach Śląskich i zapewne wiele innych.

– Słowo przesuwa znaczenie z mebla na miejsce, ale dzięki temu wciąż żyje… Czy śląski język ma realną szansę zaistnieć także w sferze nauki? Czy wyobraża Pani sobie wygłaszanie poważnych wykładów uniwersyteckich w pełni po śląsku?

– Jak najbardziej, to zjawisko już się rodzi i co ważne – nie ma już wobec niego systemowego sprzeciwu w świecie akademickim. Podczas cyklu paneli naukowych poświęconych teorii przekładu – gdzie większość z nas, w tym ja, jako moderatorka, posługiwała się literacką polszczyzną – Grzegorz Buchalik jako pierwszy wstał i zaczął przemawiać w całości po śląsku. To był dla mnie przełomowy moment. Zebrał za to niesłychane brawa, a uczestnicy podkreślali, że rodzi się nowe zjawisko: dowód na to, że nie trzeba się już ani wstydzić, ani bać publicznego „godania” w tak oficjalnych sytuacjach. Dziś na studiach podyplomowych, o których rozmawiałyśmy, spora część wykładowców czyni to po śląsku. Musimy jednak otwarcie mówić o problemach i barierach, które wciąż istnieją. Jedną z najsilniejszych jest siła przyzwyczajenia i rutyna zawodowa. Ja sama przez 45 lat pracowałam jako polonistka, wykładając na uniwersytecie, który jest otwarty dla wszystkich studentów, a nie tylko dla osób stąd. W moich grupach często jest zaledwie kilka osób o regionalnych korzeniach, więc używanie polszczyzny jest naturalnym wyborem, by być zrozumianym przez każdego. Wiem, że więcej i lepiej potrafię powiedzieć po polsku. Kolejną barierą jest obawa przed stworzeniem „kabaretu”. Wyzwanie stanowi jednak nowoczesna terminologia. Opisanie uniwersyteckiego gabinetu czy pracy naukowej przy użyciu wyłącznie słów uznawanych za tradycyjną „kwintesencję śląskości” byłoby niezwykle trudne. Barierą jest też nasz własny lęk przed błędem – dlatego tak ważne jest, byśmy przestali wzajemnie „czepiać się” pomyłek i pozwolili śląszczyźnie wybrzmieć w sferze publicznej. Na wykładach akademickich mówię po polsku, częściowo z siły wieloletniego przyzwyczajenia, a częściowo z szacunku dla studentów z innych regionów. Ale przełamuję się. Ostatnio dwukrotnie dałam się namówić na publiczne godanie – raz u Grzegorza Frankiego w radiu Best, gdzie rozmawialiśmy po śląsku przez pełną godzinę i drugi raz podczas festiwalu Granatowe Góry . Kiedy potem odsłuchiwałam te audycje, zauważyłam, że w ferworze rozmowy z przyzwyczajenia np. zamiast śląskiego kaj mówiłam polskie – gdzie. W piśmie, zawsze używam poprawnego kaj, ale w żywej mowie decyduje jednak nawyk. Gdybym godała publicznie trzy lub cztery razy w tygodniu, weszłoby mi to w krew. Ale nie warto skupiać się na wytykaniu drobnych błędów, należy dawać ludziom coraz większą przestrzeń do używania naszego języka. Niech on po prostu żyje.
– Bardzo dziękuję za rozmowę. Albo lepiej – dziynkuja Wom piyknie.
Barbara Lemanik
Foto źródła: Internet, Facebook, TEMU

Autor wpisu

REDAKCJA
REDAKCJA