Dziś 25 Sierpnia – brak danych o imieninach.

Niezwykły urok Himalajów

Gabriela Golicz, wieloletnia prezes telewizji Elsat, udowadnia, że marzenia można spełnić w każdym wieku. W wieku 62 lat pierwszy raz wyruszyła w Himalaje, na trek wokół Annapurny. Dziś rozmawiamy z nią o górach, pokorze wobec nich oraz ludziach, którzy je zamieszkują.

– Jak zaczęła się Pani przygoda z górami?

– Zaczęła się bardzo wcześnie, choć naturalnie nie od Himalajów. Moja ciocia mieszkała w Szklarskiej Porębie, więc jako dziecko spędzałam w górach dużo czasu, zwłaszcza kiedy jeździłam tam na wakacje. Później kontynuowałam przygodę z górami w szkole średniej i na studiach. Był taki czas, że jeździłam w góry co tydzień.

– Kiedy zdecydowała się Pani na te najwyższe, czyli Himalaje? I dlaczego właśnie na nie?

– Himalaje zawsze były moim marzeniem. Zrealizowałam je zupełnie przez przypadek. Zaczęło się dwa lata temu, miałam wtedy 62 lata. Planowałam wyjazd na jogę do Namibii, ale wycieczka finalnie została odwołana z powodu zbyt małej liczby chętnych. I wtedy moja przyjaciółka Asia zaproponowała mi wyjazd, z tego samego biura podróży, ale właśnie w Himalaje. Początkowo nie mogłam w to uwierzyć, myślałam, że ona sobie żartuje. Ale okazało się, że to prawda. Naturalnie zgodziłam się. Asia namówiła jeszcze dwie swoje koleżanki i w październiku następnego roku pojechałyśmy na Annapurna Circuit Trek.

Gabriela Golicz. Foto: arch. prywatne

– Czyli to było wieloletnie marzenie.

– Zdecydowanie wieloletnie, bo już od czasów gdy nasi himalaiści zaczęli osiągać sukcesy w tych zimowych wejściach w latach 80. Śledziliśmy i podziwialiśmy osiągnięcia Kukuczki, Wielickiego, Wandy Rutkiewicz. Po latach ta furtka otworzyła się też dla mnie i postanowiłam ją wykorzystać.

– Właśnie, nie wchodzi Pani na same szczyty, tylko uprawia trekking. Na czym to polega? Jak wytłumaczyłaby to Pani czytelnikom.

– Tak jak Pan zauważył na trekach nie wspinamy się na sam szczyt. Zamiast tego obchodzimy górę, zazwyczaj na wysokości około 4 000 metrów nad poziomem morza.

Gabriela Golicz. Foto: arch. prywatne

– Jak wyglądały Pani początki w himalaizmie?

– Pierwszy trekking był oczywiście bardzo trudny, tym bardziej, że byłam wówczas chora. Jestem alergikiem, mam uczulenie m.in. na sosny. A trzeciego czy czwartego dnia weszliśmy w strefę lasów właśnie sosnowych… Od razu zaczęło drapać mnie w gardle. Później było tylko gorzej, zwłaszcza, że tam oddycha się zimnym powietrzem. Na szczęście Asia jest lekarzem. Szybko zaordynowała mi ibuprom i powiedziała, że bez antybiotyku tego nie przejdę. W ten sposób pokonałam przełęcz – 5 416 metrów, na antybiotyku. Normalnie leżałabym w domu w łóżku, ale tam jest taka adrenalina, że jakoś mi się udało.

– A jak zareagowali na nowe hobby znajomi i rodzina?

– Długo nic nie mówiłam, żeby nie zapeszyć. Ale np. mój syn przyjął to z iście stoickim spokojem. Pewnie myślał wtedy, że rzuciłam to na wiatr, a później mi przejdzie. Ale czas mijał, on widział, że traktuję to naprawdę na poważnie i wtedy rzeczywiście troszkę się zestresował. Ale tylko troszkę, a później bardzo praktycznie pomógł mi ze skompletowaniem niezbędnego sprzętu i zorganizowaniem treningu przed wyprawą.

Gabriela Golicz. Foto: arch. prywatne

– Właśnie, w jaki sposób przygotowuje się Pani do podróży w Himalaje? W końcu taki trek to ogromny wielodniowy wysiłek.

– Prawda, i już same przygotowania są bardzo czasochłonne, ale też absolutnie konieczne. Przed pierwszym wyjazdem w Himalaje przygotowywałam się przez jakieś 9 miesięcy. Przede wszystkim raz w tygodniu jeździłam w Beskidy. Przez 3-4 godziny chodziłam góra-dół, góra-dół. Zaczęłam robić też marszobieg. Na początku było to straszne. Wie Pan, ja nigdy wcześniej nie biegałam, dlatego za pierwszym razem już po 2 minutach truchtania myślałam, że się rozpadnę. Ale nie poddawałam się i po trzech miesiącach takiego treningu potrafiłam już truchtać przez 20 minut, później 30. Z czasem z tego marszobiegu zaczęło robić się też więcej biegu, niż marszu. Dodatkowo od lat ćwiczę jogę. Codziennie rano w domu i raz w tygodniu na zajęciach w Katowicach. Na potrzeby przygotowań do trekkingu, zaczęłam też jeździć na rowerze. Właściwie w czasie tamtych dziewięciu miesięcy cały czas byłam w ruchu. Przed samym trekkingiem zrobiliśmy sobie też wypad w Bieszczady.

– To był 2024 rok i Annapurna. Ale później było Manaslu. Który szczyt zrobił na Pani większe wrażenie?

– Annapurna jest przepiękna, ale Manaslu ma w sobie coś niesamowitego, jest bardziej… dzika. Jest tam więcej przyrody, zieleni. No i sam rejon Manaslu różni się znacznie od reszty pod względem kulturowym, ponieważ jest zamieszkany w dużej mierze przez Tybetańczyków, którym Nepal udzielił schronienia po aneksji ich kraju przez Chiny.

– Czy doświadczenia z Himalajami zmieniają postrzeganie naszych gór? Patrzy Pani teraz inaczej na Beskidy?

– Oczywiście. Przede wszystkim w Himalajach jest więcej przestrzeni. Nasze Beskidy są jednak ciasne, chodzi tam więcej ludzi. Po Tatrach też. Również klimat jest zupełnie inny. Przykładowo w Himalajach na wysokości 2 800 m. n. p. m. rosną jabłka. Z racji wysokości są też zupełnie inne widoki.

– Z jaką największą trudnością czy niebezpieczeństwem tam się Pani spotkała? Zdarzały się momenty zwątpienia?

– Była taka sytuacja podczas spaceru aklimatyzacyjnego na Annapurnie. Taki spacer to z zresztą jedna z najważniejszych rzeczy w wysokich górach. Pomaga uniknąć choroby wysokościowej, która u niektórych zaczyna się już po 2 500 m. n. p. m., choć zazwyczaj pojawia się na 3 000. Może Pan mieć wtedy bóle głowy, nudności, ogólne rozbicie itd. Wtedy należy zejść niżej albo wziąć odpowiednie medykamenty. Ale najlepsza jest oczywiście profilaktyka, czyli aklimatyzacja, która polega na tym, że śpi się np. na 3 500 m. n. p. m., a wychodzi się na 4 000, na minimum pół godziny. Wtedy mieliśmy właśnie taki spacer aklimatyzacyjny i wszystko było w porządku dopóki nasza przewodniczka nie powiedziała, żebyśmy szli skrótem. Wie Pan, tam każdy idzie w swoim tempie i w pewnym momencie Asia poszła bardziej do przodu. Wołałam ją, żeby na mnie poczekała, bo nie wiem gdzie idzie, ale miała wtedy na uszach słuchawki i w ogóle mnie nie słyszała. I wtedy się zgubiłam. Znalazłam się sama w jakichś krzakach, w dodatku kłujących. Nie wiedziałam w którą stronę iść, robiło się coraz bardziej stromo, niemal pionowo. Ziemia osuwała mi się spod stóp. Ciarki mnie przeszły, już myślałam, że zaraz spadnę, bo zaczęło się robić naprawdę źle. Ale wtedy pomyślałam sobie: ,,No nie, nie mogę tutaj spaść. Nie po to tu przyjechałam. Mam przecież jeszcze ręce i kijki”. Zaparłam się na tych kijkach. Udało mi się złapać równowagę i oparcie na nogach. Odnalazłam też oczywiście grupę. W tamtej sytuacji było rzeczywiście ciężko. I to wspomnienie pozostanie ze mną do końca życia.

Natomiast takie faktyczne chwile zwątpienia mi się nie zdarzały. Może wynikać to z tego, że ja rzeczywiście bardzo intensywnie przygotowywałam się do obu treków i przez to nie miałam tak naprawdę powodu, by mieć do siebie o coś żal. Inaczej gdybym potraktowała to tak luźno, była raz w górach, parę razy na siłowni, rowerze i tyle. Wtedy też byłoby mi znacznie trudniej podczas treku.

Ale każdy, kto ma choć trochę zdrowego rozsądku, nie podejdzie do sprawy w ten sposób. Zresztą to też kwestia pokory wobec gór, której ja mam w sobie bardzo dużo. 

– Jak czuje się człowiek na „dachu świata”?

–  Po dwóch, trzech dniach zostaje Pan z tak zwaną pustą głową. Każdy z nas jedzie tam z pewnym stresem, co jest naturalne. Zwłaszcza te koleżanki, które jeszcze pracują. Ale po tych dwóch dniach myśli Pan już tylko o tym by iść, uregulować sobie oddech i podziwiać widoki. Jeden kolega porównał kiedyś góry wysokie do lekkiego narkotyku. Z racji tego, że zmuszają do dużego wysiłku i trzeba pokonać te słabości, organizm wydziela endorfiny. Wchodzi się wtedy w taki stan euforii. Poza tym wszyscy, którzy byli ze mną na Annapurnie albo na Manaslu od razu po zejściu na niziny chcieli wrócić na górę. Cała ta przestrzeń, mieszkający tam ludzie, atmosfera, wszystko to sprawia, że czuje się Pan tak wspaniale, że od razu chce znaleźć się tam ponownie. Czyli znowu pewna wspólna cecha z używkami – góry uzależniają.

– A jak opisałaby Pani Himalaje komuś kto nigdy nie widział ich na żywo i pewnie nie zobaczy?

– Przepiękne, ogromne góry, wzbudzające duży szacunek, ale i stanowiące wielkie wyzwanie dla człowieka, który chce przekroczyć swoje granice. To też góry bardzo związane z zamieszkującymi je ludźmi. Zwłaszcza Manaslu, która ma dla nich status świętej. Jest tam taki zwyczaj i kultywuje go większość wycieczek, że przed wejściem trzeba odprawić tzw. puję, czyli mszę z lamą na przebłaganie góry, by ta pozwoliła dotknąć się stopą ludzką. Pierwsi na ten szczyt weszli Japończycy, ale co ciekawe nie odprawili puji. Kiedy zaczęli się wspinać, gdzieś po drodze zeszła kamienna lawina. Zabrała im część bagażu i zniszczyła klasztor w pobliskiej wiosce. Oczywiście ekspedycja się nie udała.

Przy następnej próbie odprawili już puję i wtedy się powiodło. Właściwie wszystkie ekspedycje, które wchodzą na ośmiotysięczniki, odprawiają tę mszę. Zresztą Nepal i Tybet są niezwykle uduchowione. Tam dzień wciąż  rozpoczyna się modlitwą. Mieszkańcy zbierają rano jałowiec, palą go przy domowych ołtarzykach i wznoszą modły. Bez tego w ogóle nie zaczynają dnia.  Podobnie religijny charakter mają urodziny. Solenizant większość tego dnia spędza w świątyni, gdzie modli się wraz z całą rodziną. Inne jest też podejście do życia. Nie ma tam, aż takiego pośpiechu, czas płynie wolniej, a ludzie zdają się być bardziej pogodzeni z losem i niepowodzeniami. My, ludzie zachodu, ekscytujemy się wszystkim, a później nieraz rozczarowujemy. Oni myślą: ,,Jeśli nie wyjdzie teraz, to następnym razem”. Są też bardziej rodzinni. Jest tam taki zwyczaj, że jeśli najstarszemu bratu uda się wykształcić, to gdy pójdzie do pracy łoży na edukację swojego młodszego rodzeństwa. Później to samo robi kolejny i kolejny. W końcu ich rodziny są naprawdę wielodzietne. Natomiast najmłodszy z rodzeństwa, w zamian za to, że starszy brat umożliwił mu pójście do szkoły, naukę czytania, pisania i liczenia, ma w obowiązku utrzymać na starość ich rodziców.

– Dziękuję za rozmowę.

Paweł Tulik Foto: Paweł Tulik

www.inkubatorsl.pl

Autor wpisu

REDAKCJA
REDAKCJA