24 Sierpnia – Dziś świętują: Bartłomiej, Cieszymir, Jerzy.

Marzenia się spełniają

jakubiec
18 lipca, 2026

Koty natychmiast podchodzą się przywitać, zaciekawione każdym, kto przekracza próg ich królestwa. Psy zagadują po swojemu – szczekaniem, popiskiwaniem, energicznym merdaniem ogonków i tym niezwykłym błyskiem w oczach, który pojawia się, gdy tylko ktoś zbliża się do boksów. Słuchając tego gwaru, można uznać, że zwierzęta w rudzkim schronisku TOZ „Fauna” są szczęśliwe. Mają bezpieczne schronienie, pełne miski i ludzi, którzy oddają im całe swoje serce oraz czas. Ale to tylko część prawdy. Bo każde z tych stworzeń zasługuje na własny dom, swojego człowieka i stałą, codzienną porcję miłości.

To z tą myślą w 1994 roku powołano do życia Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami „FAUNA”, a dwa lata później, w 1996 roku, formalnie ruszyło Społeczne Schronisko dla Zwierząt im. św. Franciszka z Asyżu w Rudzie Śląskiej przy ul. Bujoczka. Droga do obecnych standardów była długa i wyboista. Trzy dekady temu schronisko mierzyło się z drastycznym przepełnieniem – przebywało w nim jednocześnie nawet 400 psów. Dziś to zupełnie inne miejsce. To nowoczesny azyl, dający stałe oparcie prawie 200 czworonożnym podopiecznym. O tamtych realiach, kolosalnej transformacji i sile masowej dobroci opowiada Beata Drzymała-Kubiniok – prezes „Fauny”, prawdziwa legenda środowiska prozwierzęcego i kobieta, która od 32 lat walczy o godność porzuconych czworonogów. Kiedy mówi o schronisku, w jej głosie brzmi czułość, doświadczenie i… nieco gorzkiej satysfakcji.

Dziecięca obietnica

Kiedy Beata Drzymała-Kubiniok wraca pamięcią do początków drogi, w jej głosie miesza się nostalgia z dumą z 32-letniego rekordu tej organizacji. – To schronisko jest realizacją moich marzeń z lat dziecięcych – wspomina Beata Drzymała-Kubiniok. – Moje dzieciństwo wyglądało zupełnie inaczej niż teraz, gdy w każdym mieście działa instytucja niosąca pomoc potrzebującym zwierzętom. Kiedyś bezpańskie psy i koty błąkały się po prostu po ulicach. Widząc takiego zwierzaka, zawsze próbowałam go „taszczyć” do domu, na piąte piętro wieżowca w Nowym Bytomiu. Od dorosłych niezmiennie słyszałam to samo: mam odnieść zwierzę tam, gdzie je znalazłam. A przecież ja znajdowałam je w krzakach, na klatkach schodowych… Przeżywałam wtedy ogromny bunt i przez całe dzieciństwo marzyłam o stworzeniu miejsca, w którym każde porzucone stworzenie uzyska schronienie. Nikt wokół nie wierzył, że to dziecięce marzenie uda się zrealizować, ale jednak się powiodło.

Przewrotne marzenie

Choć schronisko tętni życiem, a opieka stoi na najwyższym poziomie, pani Beata wprost mówi o cenie, jaką płaci za codzienną konfrontację z losem porzuconych stworzeń i o emocjach, które pozostają niezmienne. – Oprowadzając po schronisku dzieci i młodzież, zapowiadam im na początku, że na koniec spotkania zdradzę swoje największe pragnienie. Mówię im wtedy bardzo przewrotnie, wywołując powszechne zdziwienie, że moim obecnym marzeniem jest aby to schronisko przestało istnieć. Jako dziecko wierzyłam, że stworzę bezpieczną oazę, w której każde uratowane zwierzę będzie w pełni szczęśliwe. Kiedy rano przychodzę do pracy, mam świadomość, że mimo spędzenia tu całego dnia, nie będę miała czasu wyjść do naszych podopiecznych. Codzienność upływa mi na obowiązkach biurowych, niezliczonych rozmowach telefonicznych i pracy przy komputerze. Co więcej – patrząc w oczy zwierząt, człowiek uświadamia sobie, że w schronisku nigdy nie będą  w pełni szczęśliwe. Codziennie współodczuwam ich żałość, ból i cierpienie. Nie jest to kwestia wypalenia zawodowego, bo nie wyobrażam sobie, żebym mogła w życiu robić cokolwiek innego. Mam jednak głęboką świadomość, że bez względu na to, jak wspaniałe warunki im stworzymy, pies czy kot może być naprawdę szczęśliwy wyłącznie w swoim domu, u boku swojego jedynego na świecie człowieka. Dlatego ta zawodowa satysfakcja ma w sobie nieco goryczy.

Trzy dekady przyniosły jednak cywilizacyjny skok w społecznej mentalności. Dawne realia ustąpiły miejsca dojrzałej fali adopcyjnej i natychmiastowej pomocy ze strony mieszkańców, czego najlepszym dowodem stała się ostatnia akcja w mediach społecznościowych. –  Kiedy podczas ostatnich upałów napisaliśmy na Facebooku, że potrzebujemy plastikowych baseników dla psów, reakcja przerosła nasze oczekiwania. W ciągu zaledwie tygodnia każdy psiak miał swój własny basen, a dodatkowo, zyskaliśmy jeszcze zapas na kolejny rok.

Pokolenie Belusia

Schronisko od 2002 roku kładzie olbrzymi nacisk na edukację, wierząc, że to jedyna droga do systemowej zmiany. – Serce rośnie, gdy odwiedzają nas nauczyciele z grupami przedszkolnymi i szkolnymi. Od początku wiedziałam, że samo doraźne pomaganie zwierzętom to za mało – to byłoby dreptanie w miejscu. Musimy inwestować w przyszłość, a przyszłością jest edukacja. Nie wierzę, że którekolwiek z tych dzieci, które nas odwiedzają, w dorosłym życiu mogłoby porzucić psa w lesie, czy na autostradzie. Nasz program edukacyjny „Odpowiedzialna przyjaźń” prowadzimy od 2002 roku. Dziś przychodzą do nas dorośli ludzie, którzy jako dzieci uczestniczyli w tych zajęciach. Doskonale pamiętają naszego schroniskowego ambasadora – Belusia. Był to ogromny, niezwykle mądry i łagodny pies, który jeździł ze mną do szkół i stał się wizytówką placówki. Znali go chyba wszyscy mieszkańcy Rudy Śląskiej, potrafił nawet bez lęku wyjść ze mną na wielką scenę podczas Dni Miasta. Dziś tamte dzieci przyprowadzają do schroniska swoje własne pociechy. Dorasta pokolenie o zupełnie innej wrażliwości.

Trzy ścieżki do świata bez boksów

Pytana o wizję „idealnego schroniska”, prezes „Fauny” bez wahania wskazuje na standardy zachodnie, m.in. w Niemczech, gdzie w schroniskach każdy pies ma swój boks z wybiegiem, dedykowanego wolontariusza, a decyzja o adopcji wiąże się z opłatami i odpowiedzialnością. Aby polskie realia zbliżyły się do tego ideału, trzeba – zdaniem pani Beaty – konsekwentnie podążać trzema ścieżkami.

            Po pierwsze: zmiana mentalności. Musimy w pełni zaakceptować fakt, że zwierzęta czują i cierpią tak samo jak my. – Według mnie cierpią nawet bardziej, bo żyją wyłącznie „tu i teraz”. Nie mają nadziei na lepsze jutro, marzeń ani wiary, która nam, ludziom, pomaga przetrwać najtrudniejsze chwile – tłumaczy pani Beata.

            Po drugie: powszechna sterylizacja i kastracja. To jedyny humanitarny i skuteczny sposób na ograniczenie populacji niechcianych zwierząt.

            Po trzecie: obowiązkowe, ogólnokrajowe chipowanie. Ogromną nadzieją na systemową zmianę jest projekt ustawy wprowadzającej krajowy rejestr „Kropik”. Ustawa ma nakładać obowiązek rejestracji i implantacji chipa na właściciela zwierzaka. Dzięki temu nikt nie będzie mógł bezkarnie porzucić psa w lesie czy przywiązać do barierki, twierdząc, że to „nie jego”.

Fundament z dobroci serc

To właśnie ta masowa, codzienna dobroć mieszkańców i darczyńców zbudowała i utrzymuje rudzką placówkę.  Dawne zabudowania – w tym stary barak przejęty pierwotnie od kolei – ustąpiły miejsca nowoczesnemu obiektowi. Wszystko to – każdy budynek, nowoczesny boks, a nawet miska, z której jedzą podopieczni – powstało dzięki odpisom z 1% i 1,5% podatku oraz drobnym wpłatom od osób prywatnych. – Każda, nawet najmniejsza kwota, jest dla nas bezcenną cegiełką, bez której ten bezpieczny azyl by nie istniał – podsumowuje Beata Drzymała-Kubiniok. – Często są to symboliczne wpłaty, jak choćby te 5 złotych od emerytowanej babci, która wcale nie musiałaby się rozliczać, bo ZUS robi to za nią, a jednak robi to osobiście – ze względu na nasze zwierzęta. Te małe gesty tysięcy osób dają wiarę, że potrafimy się jednoczyć, by naprawiać wyrządzone zwierzętom krzywdy. Dobrych ludzi o złotych sercach jest na świecie o wiele więcej niż złych. I to daje nadzieję.