Hutnicza Alchemia i muzyczny żywioł
Sobotni wieczór na placu Jana Pawła II w Nowym Bytomiu miał w sobie coś z odkrywania na nowo miejsc, które znamy od zawsze. 9 maja projekt „Wielki Piec Huty Pokój – Centrum Transformacji” pokazał jak przemysłowe dziedzictwo potrafi pulsować współczesną energią. Moda, historia i muzyka scalone w jedno - rozpaliły ogień...
Hutnicza haute couture Joanny Decowskiej
Głównym punktem programu była prezentacja najnowszej kolekcji Joanny Decowskiej „Alchemia Wielkiego Pieca”. Projektantka, dotąd kojarzona z pasją do śląskiego folkloru, tym razem wykonała odważny zwrot w stronę estetyki industrialnej. Proces twórczy poprzedziły wizyty studyjne w hucie „Pokój” – od podziemi po najwyższe partie konstrukcji – oraz rozmowy z zespołem projektu „Wielki Piec” i analiza archiwaliów. Decowską inspirowały zarówno konstrukcje huty, jak i żywioły, o których opowiadał jej koordynator projektu, Adam Kowalski: ogień spustu surówki, woda chłodząca instalacje, powietrze utleniające metal oraz węgiel i metale kolorowe jako wsad do pieca.

Efekt? Na wybiegu pojawiły się modelki ubrane w kreacje, których formy nawiązywały do instalacji technicznych, przemysłowej architektury i wyposażenia ochronnego hutników. Tkaniny były malowane, stemplowane, metalizowane, patynowane, a niektóre – hartowane ogniem. Upcykling nie był tu modnym hasłem, tylko naturalnym gestem: stare materiały dostały nowe życie, każda sprzączka miała swoją hutniczą przeszłość.

Światło, ogień i stal
Od pierwszych chwil muzyka nadała rytm pokazowi. Autorska kompozycja powstała z industrialnych dźwięków, fragmentów hejnału Rudy Śląskiej, odgłosów pracy wielkich pieców – opisywały ją Joanna Decowska i Renata Dworak, a Jan Dworak wszystkie te komponenty składał w aplikacji AI, która pełniła rolę mikserskiego stołu. W świetle reflektorów i stroboskopów, w hipnotycznym industrialnym transie, kolory inspirowane hutniczymi żywiołami migotały i iskrzyły się złotymi refleksami. Zwiewna czerwona kreacja niosła w sobie echa wytopu surówki, miedziana błyszczała jak rozgrzany metal, a zielona przywoływała naturę wracającą na poprzemysłowe tereny. Srebrne stylizacje – kurtka, trencz, kombinezon, spódnice – wyglądały jak zimna wypolerowana stal. Modelki szły po wybiegu, którego krawędzie rozświetlały strzelające w górę zimne ognie. Ich iskry przywoływały obraz pracy wielkich pieców – znajomy każdemu, kto choć raz widział, jak rodzi się stal. Stylizacje dopełniła biżuteria Arnolda Jeżyny, twórcy marki Mr. Silver z Halemby. W jego współczesnych, futurystycznych formach ze srebra celowo pozostawiono ślady pilnika i młotka – hołd dla hutniczego dziedzictwa. Część dodatków zaprojektowała również sama Decowska, tworząc spójną, industrialną narrację. Kulminacją pokazu była niezwykła, czarna kreacja inspirowana rozbarskim strojem. Prowadząca pokaz Regina Gowarzewska zapowiedziała ją słowami: – Powstała z myślą o tych, których matka huta pewnego dnia osierociła… Czarny gorset „zbudowany” z hutniczych rękawic, ozdobiony płonącą świecą i krzyżem z czerwonych korali, na znak szacunku i pamięci o przeszłości, i odrzucenie woalu symbolizujące nowy początek… Modelką, prezentującą finałową „czarną kreację” była Ilona Kanclerz, jedna z najciekawszych postaci na śląskiej scenie designerskiej, inicjatorka m.in. ruchu Modny Śląsk i Ambasada Śląska. Na wybiegu w roli modelek – farmaceutka, radczyni prawna, księgowa, pracowniczka IT, studentka – wszystkie związane z Rudą Śląską rodziną, pracą, miejscem urodzenia czy – pobytem na rudzkiej porodówce. Wśród publiczności znaleźli się natomiast uczestnicy międzyuczelnianego obozu etnograficznego – kilkudziesięciu studentów i naukowców z siedmiu polskich uczelni. Przyjechali badać kulturę i dziedzictwo, a trafili na wieczór, w którym te pojęcia przestały być definicjami, stały się doświadczeniem, światłem, ruchem i emocjami.

Magia chłodnej nocy
Gdy modelki zeszły z wybiegu, scenę przejął Marcin Wyrostek z zespołem Corazon, zabierając publiczność w wielokulturową podróż muzyczną. Artysta, zaprezentował program łączący pasję tanga argentyńskiego, improwizacje jazzowe i bałkańską energię. Publiczność usłyszała m.in. drapieżne „Libertango”, „Moldav”, „Children of Sanchez”, niebanalne interpretacje utworów Wodeckiego, Kayah, Stinga. Choć wieczór był chłodny, a noc jeszcze chłodniejsza, warto było pozostać na placu Jana Pawła II do ostatnich chwil. Marcin Wyrostek nie tylko grał – bawił, żartował, opowiadał o muzyce, którą dosłownie wyczarowywał ze swojego akordeonu. Jego kontakt z widownią był tak naturalny, że chłód przestał mieć znaczenie. Potrafił porwać ludzi do wspólnego śpiewania, a w finale cały plac nucił wraz z zespołem Corazon: Every breath you take… I’ll be watching you…
bl











Autor wpisu