6 Czerwca – Dziś świętują: Dominika, Norbert, Paulina.

Hamlet z Halemby

Paweł Kempa to dwudziestoośmioletni aktor z Rudy Śląskiej – Halemby, który już 15 maja na deskach Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach wcieli się w postać Hamleta. Co więcej zagra duńskiego księcia tak, jak lubi najbardziej, a więc… po śląsku.

– Mówi się, że wielu aktorów czeka całe życie na to, by zagrać Hamleta. Ty poniekąd już to osiągnąłeś, bo przygotowujesz się do tej roli w Teatrze Śląskim. Jakie to uczucie wejść w buty duńskiego księcia? A właściwie, z racji tego, że sztuka będzie po śląsku, ksiyncia Dynymarku.

– Przyznam ci, że ja akurat nigdy o tej roli nie marzyłem. A jak to jest zagrać Hamleta? Trudno, ponieważ nigdy wcześniej nie miałem tak dużej roli z taką ilością monologów, tak długich i to jedenastozgłoskowcem. Podczas gdy ja zazwyczaj gram prozą. Ale oczywiście staram się zagrać jak najlepiej i jak najlepiej poczuć tę postać.

– Czy grając po śląsku rozwijasz jego znajomość? Uczysz się wciąż nowych słów?

– Oczywiście. W teatrze poznałem wiele nowych słów, a niektóre sobie przypomniałem. Dzieje się tak zwłaszcza, gdy sztuka jest napisana tym dawnym śląskim, koniecznym by oddać klimat np. ,,Hamleta”, którego tłumaczył akurat Mirek Syniawa. To jest taki śląski bardzo archaiczny, ale też niezwykle piękny. Mirek wcześniej tłumaczył na śląski ,,Tkaczy” Gerharda Hauptmana. Tak powstali ,,Tkocze”. I pamiętam, że gdy pierwszy raz czytaliśmy jego tekst to dukaliśmy dosłownie po literkach. Wiesz, język cały czas się zmienia. Mój śląski różni się od tego, którego używali moi dziadkowie, a co dopiero od tak archaicznego jak ten użyty przez Mirka w przekładzie tej sztuki.

– Mówisz, że nawet wy jako aktorzy początkowo czasem ,,dukacie”. A jak jest z rozumieniem tekstu przez widownię?

– W takich autorskich utworach jak np. ,,Pokora” Twardocha, albo ,,Nikaj” Zbyszka Rokity, ten śląski jest bardziej zrozumiały. Można powiedzieć dzisiejszy, codzienny. Nie ma tam, aż tylu archaizmów jak w ,,Tkoczach” i ,,Hamlecie”, a gdy się trafią nie są na tyle odległe pokoleniowo od tego języka śląskiego, którego używa nasze pokolenie. Myślę też, że nawet nie znając wszystkich słów można wyłapać wiele z  kontekstu i w ten sposób częściowo sobie dopowiedzieć. A poza tym zawsze gramy z napisami, więc nimi też można się zawsze podratować.

– A jak będzie ,,Być albo nie być, o to jest pytanie” po śląsku?

– Wszystkich zawsze to ciekawi. Być abo ni być, to ci jest pytanie.

– Czyli stosunkowo prosto. Spodziewałem się czegoś bardziej odmiennego od powszechnej polszczyzny. Jak to mówiłeś – archaicznego.

– Prawda. Akurat to najsłynniejsze zdanie jest bardzo podobne do polskiego. Do tego stopnia podobne, że aż nieoczywiste.

– Coraz częściej słyszymy o przekładach całych książek na śląską godkę. Powstaje w niej poezja. Jest na to, aż tak duże zapotrzebowanie?

– Wydaje mi się, że zapotrzebowanie jest, bo jednak przedstawienia się sprzedają, co wiem z pierwszej ręki. Co więcej filmy też się sprzedają. Przecież graliśmy ,,Terminatora” w kinie Kosmos. Był też ,,Shrek”, ,,Pulp fiction”. A czy śląski wymiera? Myślę, że to też nasze zadanie, jako pracowników kultury, by pilnować aby to przetrwało i aby ludzie swojej godki i dziedzictwa nie zapomnieli. 

– A jak wczuwasz się w postać, którą masz zagrać?

– Właściwie za każdym razem w inny sposób. Przede wszystkim trzeba zrozumieć czemu postać postępuje w taki, a nie inny sposób. Przydają się informacje o tym kim dany człowiek jest, czym się zajmuje. Dużo daje uważne czytanie dialogów i wypowiedzi, wyłapywanie informacji na temat bohatera ukrytych w jego własnych słowach. Ale tu ważna jest też wizja reżysera. Dlatego staram się nie marzyć o żadnej roli. Bo jeśli o jakiejś marzysz, masz już jakąś jej wizję to istnieje ryzyko, że przyjdziesz z gotowcem. A to jest niebezpieczne, bo praca nad postacią to wspólna praca aktora i reżysera, aby na miejscu, na próbach, razem ją odkryć.

– Czy postać, którą odgrywasz kilkanaście, kilkadziesiąt razy zmienia się w jakiś sposób z biegiem kolejnych spektakli?

– Jest tak, zdecydowanie. Widziałem kiedyś konferencję z Denzelem Washingtonem. Jeden chłopak spytał go: Kiedy dostajesz tekst i widzisz postać, to co robisz? A on odpowiedział: Nigdy nie widzę postaci. Ciągle jej szukam. To są super mądre słowa. Ja cały czas uczę się Hamleta. Nie znam do końca moich postaci. I to właśnie jest piękne w teatrze, że dzięki temu, że gramy jedną postać przez lata odkrywamy ją na nowo praktycznie za każdym razem. Dlatego faktycznie, one niemal ciągle się zmieniają.

– A kiedy grasz antagonistę bronisz go w swoich oczach?

– Tak. Myślę zresztą, że aktor poniekąd musi wybronić swoją postać. Tak żeby widz mógł ją zrozumieć.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Paweł Tulik

Foto: Przemysław Jendroska

Autor wpisu

REDAKCJA
REDAKCJA