18 Sierpnia – Dziś świętują: Bogusława, Bronisław, Bronisz.

CoverNostry dekada na scenie

jakubiec
CoverNostry dekada na scenie
18 sierpnia, 2026

Muzyczna pasja, brzmienie łamiące schematy i dziesięć lat bezkompromisowego grania na własnych zasadach. Od heavy metalowych klasyków lat 80. i występów 320 metrów pod ziemią, po autorski materiał i radiowe listy przebojów – tak w pigułce wygląda historia zespołu CoverNostra. O skrzypcowych korzeniach, podziemnym „ogniu”, ucieczce od urzędowej rutyny oraz planach na jubileuszowy, pełnowymiarowy album opowiada Grzegorz Soluch.

Jeśli mam opowiedzieć, jak to wszystko się zaczęło i dokąd zmierzamy, to musimy cofnąć się do samego fundamentu. Ukończyłem I stopień szkoły muzycznej (moim głównym instrumentem były… skrzypce) i to niesamowicie ukształtowało mnie jako muzyka. Od początku „siedziałem” głęboko w muzyce poważnej – mam jej w zbiorach pewnie z 600 płyt – a moim absolutnym numerem jeden był i jest Wolfgang Amadeusz Mozart. Jego „Requiem” to dla mnie płyta totalna: mroczna, głęboka i niesamowicie przejmująca. I  te moje klasyczne korzenie spotkały się z „ciężkim” graniem: kiedy w szczenięcych latach zakładaliśmy nasz pierwszy metalowy skład, nazwaliśmy go właśnie Requiem. Ta nazwa, oznaczająca mszę żałobną, wypłynęła prosto z mojej miłości do Mozarta i idealnie pasowała do mrocznego klimatu, w który wchodziliśmy. Te skrzypcowe korzenie to nie był tylko zakurzony dyplom, ale baza, z której wyrósł cały mój muzyczny świat.

Idea i nazwa, która „zobowiązuje”

Jak powstała CoverNostra? Wszystko zaczęło się po prostu od pomysłu, żeby razem pohałasować i pograć to, co nam sprawia największą przyjemność – utwory naszych ulubionych kapel metalowych, których słuchaliśmy za młodu. Na początku naszą bazą była „złota dekada” heavy metalu, czyli lata 80. Nawet nazwa na starcie brzmiała coś w stylu „CoverNostra Back to 80”. Sama nazwa to robota naszego basisty, Adama Rogowicza (który grał wcześniej m.in. w Mystic Side czy Killjoy). Przykuwa uwagę, jest ciekawa i choć niektórzy żartują, że to brzmi jak „koza z nosa”, to ona po prostu zobowiązuje. Od coverów się zaczęło – to była nasza geneza.

To w ogóle nie miał być nigdy zespół, który przeistoczy się w coś profesjonalnego. Dla mnie profesjonalizm to zawód, granie dla pieniędzy, a myśmy powstali, żeby mieć z tego czystą frajdę i zabawę. Na początku to nawet nie wiedzieliśmy, czy zagramy jakikolwiek koncert. Pierwsi muzycy mieli własne kapele i z nimi wiązali przyszłość, a CoverNostra to miał być taki odskok. Przez pierwsze lata człowiek się wielu rzeczy uczył, bo poza Adamem Rogowiczem reszta to byli w zasadzie nowicjusze.

Prawdziwa chemia  i zero „spinki”

Od października 2020 roku mamy naprawdę stabilną i zgraną ekipę, co w tym muzycznym świecie wcale nie jest takie oczywiste. Fundamentem i mózgiem operacyjnym w kwestii komponowania jest Adam. Ja do pisania nut się nie pcham, bo przy moim grafiku pracy w administracji i na uczelniach – po prostu nie mam na to czasu. Poza tym, Adam ma genialny zmysł do tworzenia muzyki i robi to z pewnością lepiej ode mnie. Z kolei prawie cała organizacja i pilnowanie, żeby wszystko było zapięte na ostatni guzik, leży na mojej głowie – jako zodiakalna Panna nienawidzę fuszerki i u mnie wszystko musi mieć ręce i nogi.

Prawdziwym przełomem była zmiana na froncie, kiedy po niemal pięciu latach pożegnaliśmy się z Michałem Kitlem i dołączyła do nas Jadzia Frydrychowska (ex-Different World, ex-Vitamins, ex-Zoltan). To był strzał w dziesiątkę! Jadzia dała nam niesamowitego kopa energii i otworzyła nowe możliwości wokalne, bo wyciąga tony, o których wcześniej mogliśmy tylko pomarzyć. Na gitarze  gra Tomasz Gawlik,  na basie wspomniany wcześniej Adam „Metal” Rogowicz , a za bębnami siedzi Adam Piotrowski. Z bębniarzami zawsze mieliśmy różne rotacje, ale w końcu pojawił się właściwy człowiek na właściwym miejscu. Najważniejsze jest to, że wszyscy jesteśmy ustabilizowani zawodowo i nikt nie musi szukać w zespole stałego dochodu. Spotykamy się, bo się lubimy, a ja, po całym dniu pracy nad przepisami w urzędzie, wchodzę na salę, podpinam się do „pieca” i całe zmęczenie w sekundę znika.

Pierwsze szlify i Wielki Ogień

Nasz pierwszy koncert zagraliśmy 30 kwietnia 2016 roku w Klubie Gotyk w Bytomiu. Załatwienie tego to nie była prosta sprawa – gdy cię nikt nie zna, w klubach mówią po prostu „spadajcie”, bo nikt nie chce brać zespołu bez nagrań i własnej publiczności. Budowaliśmy więc wszystko od zera. Potem poszło już gładko, zagraliśmy m.in. kilka razy w chorzowskiej Leśniczówce u boku takich zespołów jak Horrorscope, Destroyers, Symbolical, Cemetery Of Scream, na Gwarkach w Tarnowskich Górach, jak również w naszym rodzinnym mieście na Dniach Rudy Śląskiej przed Oberschlesien, Mery Spolsky i Dżemem. Przez te 10 lat zagraliśmy sporo koncertów i to nie tylko na Śląsku, ale również w różnych regionach Polski.

Ale te występy, które pamięta się do końca życia, to osobna historia. Przeżyliśmy coś fantastycznego  w kopalni Guido – granie 320 metrów pod ziemią, w surowej scenerii podziemnych wyrobisk. Niesamowity klimat i naprawdę ciarki na plecach. Inny wyczyn to sierpień 2017 roku w Druidzie. Mieliśmy grać na zewnątrz, ale tak lunęło, że wbiliśmy ze sprzętem do środka. Mikro pomieszczenie, ćwiartka normalnej sceny, a my wtaszczyliśmy nasze 100-watowe wzmacniacze Marshalla i wielkie kolumny! Graliśmy tak, że łokciem jeden drugiego bił, a hałas był taki, że myśleliśmy, iż ściany pękną.

 Całkiem niedawno w tym samym Druidzie świętowaliśmy dziesięciolecie z masą gości (wpadł też Michał Kitel, nasz były wokalista, zaśpiewać trzy numery). Zapamiętam też granie z Farben Lehre, Kobranocką i Zenkiem Kupatasem w klubie na 300 osób, gdzie wbiło się 400 – czuć taką energię od pełnej sali – to jest coś genialnego! No i ostatni festiwal Wielki Ogień w Ostrowcu Świętokrzyskim: pojechaliśmy bez spinki, a wróciliśmy z nagrodą dla „młodych wykonawców”, co przy moich 53 latach brzmi po prostu kapitalnie!

Od coverów do własnego głosu

Z czasem nasza setlista zaczęła żyć własnym życiem. Choć zaczęliśmy od lat 80., to braliśmy też na warsztat lata 70. i 90., a nawet polski rock. Ale w końcu przychodzi moment, że chcesz zacząć „gadać swoim językiem” i śpiewać własne teksty. W sierpniu 2020 roku wydaliśmy pierwszą mini płytę (MCD) „Katharsis dusz” z dwoma autorskimi numerami, a potem kolejną MCD już z Jadzią na wokalu – „Pętla”.

Walka o przebicie się dzisiaj to jest jednak loteria. Nasz najlepszy numer (cover „Mam dość” zespołu Lombard) ma w sieci ponad 22 tysiące odsłon, ale taki „Wielki Ogień”, z którego jesteśmy mega dumni, po niecałym roku ma zaledwie 2,5 tysiąca. Za to pięknie układa się współpraca z mediami, szczególnie z Radiem Ostrowiec, gdzie nasze numery, zarówno autorskie, jak i covery, od kilku lat trafiają na czołówkę tamtejszej Listy Przebojów.

Radiowa magia i plany na przyszłość

Radio to osobna historia. Przez prawie trzy lata prowadziłem własne audycje w radiu internetowym Armageddon (wypuściłem ich 144!), ale  w pewnym momencie pojawiły się jakieś problemy z internetem  i dałem sobie spokój, bo nie lubię „bylejakości”. Ale kiedyś  z Jadzią zaproszono nas do poprowadzenia listy przebojów w profesjonalnym studio Radia Ostrowiec FM! Wsiadam w auto, jadę po Jadzię do Sosnowca, potem do Ostrowca, od 19.00 do 21.00 jesteśmy na antenie – te mikrofony, czerwona lampka „on air”… Niesamowita sprawa.

A co dalej? W tym roku mamy ambitny plan: wydać pierwszy pełny album  czyli tzw. long play! Mamy też umówiony kolejny wywiad w Radiu Ostrowiec na listopad. Jeżeli chodzi o naszą płytę, to Jadzia zaśpiewała już wszystkie numery, a obecnie Adam pracuje nad muzyką. Ja z kolei zadbam o profesjonalne wydanie płyty – książeczka, porządna grafika, a potem żeby płyta trafiła do oficjalnej dystrybucji.

Dla mnie priorytety są jasne: na szczycie zawsze jest czysta frajda, dbałość o jakość, zdrowa atmosfera w zespole i szacunek do sceny (sam nigdy nie kupuję pirackich koszulek, wolę kupić bilet na koncert i gadżety bezpośrednio od zespołu, żeby ich w ten sposób po prostu wesprzeć). Być może nie gramy zbyt wielu koncertów, bo sporo pracuję (etat w urzędzie, do tego wykłady na uczelniach i szkolenia), ale jak się uda zagrać około 10 koncertów rocznie to dla mnie idealny balans. A jeśli tylko zdrowie dopisze – bo ono jest teraz najważniejsze – to zamierzamy hałasować w tym składzie jeszcze bardzo długo. Być może spotkamy się po naszym kolejnym 10 – leciu żeby o tym porozmawiać? Tego życzę sobie i naszemu całemu zespołowi!        

BL

Foto: Leszek Gagat

www.inkubatorsl.pl

Autor wpisu

REDAKCJA
REDAKCJA