Ostatnia szychta to nie koniec. Rozmowa o transformacji i przyszłości Bobrka
– 30 grudnia 2025 roku wyjechała na powierzchnię ostatnia tona węgla z KWK „Bobrek”. Z dniem 1 stycznia 2026 r. rozpoczęła się formalna likwidacja kopalni, na gruncie znowelizowanej ustawy o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego. Ale już półtora roku temu planowano zamknięcie Bobrka. Wstrząs o sile 2 x 10 do 6 dżula z 26 marca 2024 roku tylko przyspieszył to, co było nieuchronne…
Grzegorz Wacławek (Prezes Węglokoksu Kraj): Bobrek to jest ostatnia kopalnia w Bytomiu. Było siedem kopalń, trzy huty, a dzisiaj w zasadzie zamykamy ostatni państwowy zakład wydobywczy w niecce bytomskiej. Mogę jednak z czystym sumieniem powiedzieć, że te kopalnie wyczerpały swoją nieckę. Z punktu widzenia górniczego to złoże jest „wyczyszczone” prawie maksymalnie.

– Czyli można uczciwie powiedzieć, że więcej węgla już tam po prostu nie ma?
Grzegorz Wacławek: Zostało co prawda kilka milionów ton, ale w takim miejscu, gdzie musielibyśmy wysyłać ludzi w bardzo niebezpieczny rejon. Posyłalibyśmy ich tam gdzie prawdopodobieństwo wypadków jest bardzo duże. Tego zrobić nie możemy.
– Czy łatwo to powiedzieć górnikom? U nas, na Śląsku ale nie tylko – cały czas krąży narracja, że węgla mamy jeszcze na 100, 200, a nawet 300 lat.
Grzegorz Wacławek: My zamykamy już drugą kopalnię. W 2020 roku zamykaliśmy ruch Piekary w Piekarach Śląskich. To była kopalnia, która moim zdaniem najlepiej wyczerpała swoje złoże w całości. Na Piekarach nie było niepokoju społecznego, bo posiadając drugą kopalnię, mogliśmy ten proces wcześniej zaaranżować. Odchudziliśmy się z firm obcych, przejęliśmy własnych pracowników, a planując likwidację Piekar, naturalnie schodziliśmy z zatrudnienia. Tym sposobem przez kilka lat skutecznie zarządzaliśmy tym problemem społecznym. Każdy znał swoją drogę i wiedział, jaka czeka go przyszłość. Na Bobrku sytuacja nastąpiła stosunkowo nagle w porównaniu do Piekar. Po tragicznym zdarzeniu w marcu 2024 roku komisja przy Wyższym Urzędzie Górniczym zdecydowała, że dalsza eksploatacja w tamtym rejonie jest zbyt niebezpieczna. Nie ma dziś metod na pozyskanie tego złoża bez narażania ludzi w stopniu nieadekwatnym do tego, co moglibyśmy wydobyć. Decyzja WUG i Matki Natury spowodowała, że data planowanej likwidacji została mocno przyspieszona.
– I ludzie to po prostu przyjęli?
Grzegorz Wacławek: Przygotowaliśmy ich, bo załoga miała do dyspozycji wszystkich naszych – a właściwie swoich – inżynierów i geologów. Strona społeczna mogła ich przepytać, zobaczyć mapy, wyniki ekspertyz, wyjaśnić wszystkie wątpliwości. To była uczciwa rozmowa: co mamy, gdzie i w jakich warunkach. Ludzie na Bobrku doskonale to rozumieją. Musieliśmy się przed nimi rozliczyć z tej decyzji i zaprognozować plan na przyszłość. To zaowocowało spokojem, choć oczywiście indywidualne obawy zawsze będą – to duże skupisko ludzi i nie do wszystkich dociera w pełni rzetelna informacja. Nasza spółka to jedna kopalnia. Przez 10 lat potrafiliśmy komunikować się z załogą bezpośrednio. Nie było konfliktów, a w trudnych sytuacjach zarząd bezpośrednio rozmawiał z załogą. Byliśmy zawsze transparentni – nikt nas nie złapał na robieniu czegoś wbrew temu, co ogłaszaliśmy.

– Trzy wieki tradycji kopalń na Śląsku, więc gdy nagle pada hasło „już nic więcej nie będzie” – to naprawdę trudno to przyjąć ze spokojem…
Grzegorz Wacławek: Tak, choć jak mówiłem, wszystkie kopalnie po kolei w niecce bytomskiej kończyły swój byt – z różnych przyczyn i w różnym okresie czasu. Próbujemy panować nad informacją wewnętrzną, bo ona jest kluczowa dla bezpieczeństwa społecznego. Ale nie wszystko zależy od nas. Ustawa o osłonach i alokacjach pojawiła się nieco za późno i to budzi niepokój.
– Ale i tak trafiła – powiedziałabym – niemal w punkt zero.
Grzegorz Wacławek: Niemal, ale niepokój już się zrodził. Mamy połowę lutego, a nie mogliśmy jeszcze uruchomić wszystkich mechanizmów ustawy, bo czekamy na dotacje i weryfikację wniosków przez ZUS. To wszystko trwa o kwartał za długo. Druga rzecz to alokacje – one zależą od tego, czy inne spółki górnicze uwolnią miejsca, wysyłając swoich pracowników na osłony. Jeśli oni nie odejdą, nasi nie wejdą. To mechanizm niezależny od nas. Musimy pamiętać, że ta ustawa to nie jest tylko suchy zapis o pieniądzach. To jest potężny mechanizm, który musiał zostać zsynchronizowany z systemem ubezpieczeń społecznych i budżetem państwa. Ona trafiła niemal w punkt, ale procesy biurokratyczne – weryfikacja wniosków przez ZUS, uruchamianie dotacji celowych – mają swoją bezwładność. Ja doskonale rozumiem niepokój, bo dla górnika „połowa lutego” bez wiedzy o konkretnej dacie wypłaty czy alokacji to wieczność. Ale te mechanizmy są w fazie uruchamiania, już się „dzieje: To buduje poczucie stabilizacji, ale – trwa. Mimo to pracujemy bardzo dynamicznie. Już powstają listy miejsc docelowych. I o dziwo, nasza załoga jest bardzo chętna. Jeśli mówimy o górnikach, to na 100 miejsc oferowanych w kopalni Jankowice w Rybniku lista zapełniła się w jeden dzień. Lokalizacje bliższe, jak Sośnica czy Staszic, cieszą się jeszcze większym powodzeniem.
– Górnicy z pewnością się przeniosą do innych kopalń, a co z administracją? Co z kobietami?
Grzegorz Wacławek: Bardzo dużo osób chce skorzystać z jednorazowych odpraw pieniężnych. Mamy administrację troszeczkę starszą, więc odprawa idealnie wpisuje się w ich plany życiowe i domowe budżety. Z tego narzędzia korzystają w większości właśnie kobiety z „powierzchni” i biur. Górnik woli urlop górniczy i emeryturę, a „kobieca” administracja często właśnie wybiera odprawę. Co ciekawe, w działach takich jak płace czy przetargi, problem rozwiązuje się niemal samoczynnie: połowa chce odejść z odprawą, a druga połowa jest nam niezbędna, żeby dokończyć prowadzenie spółki i procesu likwidacji.
– Na Śląsku myśl o zmianie branży w góniczych rodzinach często jest trudna do zaakceptowania. Alokacje u górników są naturalniejsze, są na to przygotowani, zmieniają przecież kopalnie. Ale transformacja ma przygotować region na coś nowego. To nie będzie zawsze tylko węgiel.
Grzegorz Wacławek: To ogromne wyzwanie. Przykład ekspansji Chin pokazuje jak bardzo i jak szybko wszystko się zmienia. Kiedyś rynek zdobywało się latami, dziś można go zalać niską ceną w rok. Postęp jest tak szybki, że nie uciekniemy przed tym. Jeśli jutro będziemy produkować całą energię na Pomorzu, to co będziemy robić tutaj? Prąd trzeba by przesyłać przez całą Polskę, więc zakłady będą powstawać tam, gdzie przesył jest najkrótszy i najpewniejszy.
Musimy więc zadbać o swoje. W urzędzie marszałkowskim są dedykowane programy, ale ten impakt gospodarczy dzieje się głównie w dużych miastach. W Katowicach niemal każde działanie się opłaca, a miasta ościenne jak Bytom – nie mają środków własnych na wkłady do dużych projektów i „wymierają”. Mamy tu duży problem demograficzny i bezrobocie. Przyciągnięcie inwestorów jest niełatwe, dlatego trzeba te miejsca „zaszczepiać” startupami i małymi krokami budować coś nowego dla nich – i wokół nich
– Transformacja to także oddziaływanie na mentalność lokalnych społeczności, kształtowanie nowych postaw. Dopóki wszędzie wokół nas będziemy widzieć szyby kopalniane, dopóty będziemy trzymać się kurczowo górnictwa i tego co ono ze sobą niesie – oraz pozostawia.
Grzegorz Wacławek: Musimy je zachować jako dziedzictwo, ale raczej nie ma już miejsca na kolejne muzea. Industrialne pamiątki mogą służyć gospodarce, lecz nie tylko sferze społecznej, kulturowej. Dobrym przykładem będzie transformacja kopalni Wieczorek – budynki pozostały, ale funkcji społecznych będzie tam najmniej, dominować będzie biznes. Nie chcemy już kolejnego skansenu czy cechowni, która całymi dniami stoi pusta.
Podam ciekawostkę: w Niemczech istnieje przepis, że na obrzeżach miasta, na tzw. greenfieldzie, można budować nowe zakłady dopiero wtedy, gdy miasto poświadczy, że nie ma już wolnych terenów wewnątrz. Chodzi o aktywację wewnętrznej tkanki miejskiej, o centra, tam gdzie są ludzie i komunikacja. My dziś sprzedajemy pola na obrzeżach pod wielkie hale, a centra nam umierają. Tereny pokopalniane mają jednak wielką zaletę: posiadają przyłącza energetyczne, teletechniczne itd. Dzisiaj to jest na wagę złota.
– Spróbujmy więc sobie to wyobrazić… Jak Bobrek ma wyglądać za 5 lat? Tak jak byśmy chcieli, by wyglądał?
Grzegorz Wacławek: Chcielibyśmy, żeby to miejsce nie podzieliło losu kopalni Piekary, gdzie wszystko zrównano z ziemią pod deweloperkę i handel. My chcemy, żeby tam, gdzie był przemysł, pozostał impakt gospodarczy i trwałe miejsca pracy. Głównym naszym projektem jest odzysk ciepła z wód kopalnianych. Rozmawiamy już o tym z Funduszem Transformacji, partnerem ma być miejski PEC. Chcemy produkować ciepło, chłód i tanią energię, co powinno przyciągnąć nam kontrahentów.
Drugi filar to bocznica kolejowa na styku międzynarodowych szlaków kolejowych. Jest świetnie zachowana, nie ma problemów z „ostatnią milą” i może obsługiwać duże ładunki. Liczymy na poważnego partnera logistycznego. Za 5 lat ma tu więc być biznes i wykorzystane gospodarczo perełki architektury. Żadnych muzeów.

– Pani Senator, często mówi Pani, że Bytom zapłacił najwyższą cenę za lata intensywnego wydobycia…
Halina Bieda: Bo to prawda. Ludzie spoza Śląska widzą „talony i przywileje”. Ja im mówię: przyjedźcie na Bobrek. Zobaczcie nasze kamienice, zobaczcie szkody górnicze. Przez dekady fedrowano tu pod filarami ochronnymi, niszcząc nam miasto, byle tylko plan został wykonany. Dzisiaj mamy problem z wodą – bo przecież w kopalni jest woda, którą trzeba będzie pompować do końca świata, żeby Bytomia nie zalało. Skoro i tak musimy to robić, to projekt prezesa Wacławka o odzysku ciepła z tych wód jest genialny w swojej prostocie. Zamieniamy problem w cenny zasób.
– Przejdźmy do strony społecznej sprawiedliwej transformacji. Z Rudy jeździło się na Bobrek do rzeźnika, bo był tam ten najlepszy, ale dzisiaj dzielnica wygląda diametralnie inaczej. Jak Bobrek ma udźwignąć likwidację kopalni?
Halina Bieda: We wszystkich śląskich miastach są takie dzielnice, które kiedyś tętniły życiem. Bobrek miał dwa giganty: hutę i kopalnię. Gdyby spojrzeć na to osiedle z lotu ptaka, to ono jest zaprojektowane w spójny sposób, podobnie jak Nikiszowiec, tylko w innej skali. To były zaplanowane familoki dla pracowników. Gdyby tylko mieć środki na rewitalizację… te budynki są przecież piękne, ulice ułożone prostopadle, równo – to nie był przypadek. To wspaniale zaprojektowana stara dzielnica.
Zgadzam się jednak z prezesem: nie chcemy przestrzeni muzealnych. Zamiana „czarnej energii” w „czystą” jest sensowna, bo da pracę ludziom, którzy tu mieszkają. Ale to rewitalizacja społeczna jest dużo trudniejsza niż „twarda”. Na remont fasady pieniądze się znajdą, ale sama fasada nie stworzy wspólnoty. Jeśli ludzie nie będą czuli, że to jest naprawdę „ich”, to każdy nowy plac zabaw zostanie zniszczony. Musimy odejść od myślenia, że coś jest „państwowe, czyli niczyje”. To wyzwanie dla streetworkerów i fundacji, które potrafią pracować w terenie.
– Kiedyś wokół fedrującej kopalni była otoczka: kółka zainteresowań, kluby sportowe, szkoły, domy kultury. Czym to zastąpić? Streetworkerzy kojarzą się z pomocą społeczną, ale niekoniecznie z rozwojem…
Halina Bieda: Prawda jest taka, że kopalnia trochę „rozpuszczała” pracowników – dbała o nich, zapewniała niemal wszystko, nie musieli się martwić o swoje otoczenie. Po 1989 roku państwo stało się mniej opiekuńcze i ludziom jest dziś trudno funkcjonować bez tego wsparcia. Kiedyś zakłady utrzymywały kluby sportowe, tworzyły kulturę. To się w Bytomiu skończyło lata temu. Ktoś inny – miasto, województwo czy państwo – musi przejąć te funkcje opiekuńcze wobec słabszych, którzy radzą sobie gorzej.
Grzegorz Wacławek: Zamknięcie takiego zakładu bez planu mogłoby spowodować lokalne ubóstwo, wzrost bezrobocia. Pieniądz, nawet jeśli nie będzie przyniesiony z kopalni Bobrek, tylko np. z Sośnicy, musi jednak trafiać do tutejszego fryzjera czy piekarza, bo inaczej takie miejsca poupadają, ludzie stąd wyjadą. Scenariusz alokacji mamy przygotowany od A do Z, ale diabeł tkwi w szczegółach. Mamy przypadki kobiet niezmotoryzowanych – dla osoby o niskim zarobku dojazd autobusem, tramwajem, a czasem i pociągiem to bariera nie do przeskoczenia. To także czas spędzony na dojazdach – zamiast z rodziną. Po to tu jesteśmy, by zaradzić takim indywidualnym przypadkom, by te osoby mogły „miękko wylądować” i to najlepiej blisko domu lub w zorganizowanych grupach, nie pozostawione same sobie.
– Ale czy biznes – mniejszy czy większy – przyjdzie do dzielnicy o tak „trudnym” i niezbyt atrakcyjnym wizerunku?
Halina Bieda: Otoczenie ma mniejsze znaczenie niż wartość dodana. Jeśli firma będzie miała tu tani prąd i bocznicę pod magazyny, to właśnie te zachęty biznesowe spowodują zmianę wizerunku dzielnicy, a nie na odwrót.
Grzegorz Wacławek: Chcemy aktywować to miejsce ludźmi z kopalni, którzy znają ten potencjał. To, co uda się stworzyć i przepracować w tej „soczewce” jaką stał się Bobrek, będzie można zastosować w innych kopalniach, które będą kończyć pracę do 2049 roku. Odrobimy tutaj lekcję dla całego górnictwa.
– Dotknął Pan sedna: skarbem są ludzie tej kopalni i tej dzielnicy.
Halina Bieda: Ludzie są zawsze największym potencjałem. Budynki bez ludzi nic nie znaczą. Wszystko, co planujemy – od czystej energii po rewitalizację – robimy dla człowieka i wokół niego to budujemy. Chcemy wykorzystać tę infrastrukturę, bo zniszczyć ją można łatwo – i bezpowrotnie. Ale my chcemy tutaj nowego początku. Nowego rozdziału.
– Bobrek ma więc szansę udowonić, że koniec wydobycia nie musi oznaczać gaszenia światła. Dziękuję za rozmowę.
bl

Autor wpisu