16 Października – Dziś świętują: Aurelia, Gerard, Grzegorz.

Marcin Dylla – bez dystansu

Marcin Dylla – bez dystansu
18 września, 2026

Światowej sławy mistrz gitary klasycznej, artysta Carnegie Hall i absolwent rudzkiej Państwowej Szkoły Muzycznej – Marcin Dylla, 8 września zagrał w Stacji Biblioteka. Rudzianin, który zaczynał w filii nr 18 MBP, Miejskim Ośrodku Kultury i auli swojej szkoły, znów zagrał „u siebie”, w miejscu, z którego kiedyś ruszył w świat.

Marcin Dylla wrócił do Chebzia tak, jak wraca się do miejsc ważnych i bliskich zarazem – bez specjalnych zapowiedzi, bez ceremonii, po prostu z gitarą i programem, który chciał zagrać „tu i teraz”. W Stacji Biblioteka muzyka „dzieje się blisko”, bez dystansu, bez patosu. Tego wieczoru było jasne, że nie będzie to koncert „z listy osiągnięć”, lecz muzyczne spotkanie – osobiste, skupione, absolutnie prawdziwe. Tuż przed recitalem była chwila rozmowy, o strefie spokoju, publiczności i …tenisie.

– Jest Pan tu przejazdem? To w końcu Stacja – choć i Biblioteka…

– To jest miejsce, które lubię i do którego wracam, kiedy mam potrzebę zagrania jakiegoś konkretnego programu. Jest blisko, jest tutaj cudowna publiczność, świetny zarządca. Zawsze mogę liczyć na to, że gdy będę chciał coś tu zagrać – to będę mógł. Sala jest niewielka i wydawałoby się, że dobra dla gitary, chociaż te kotary dookoła sprawiają, że nie ma akustyki kościelnej, jest bardziej wyciszona. Ale przez to, że jest mała, każdy ma przyjemność usłyszenia autentycznego brzmienia instrumentu bez nagłośnienia, bez dystansu. Ta bliskość publiczności jest idealna dla gitary klasycznej. Gdy gram w większych salach, wolę grać z nagłośnieniem, bo wtedy nie muszę forsować dźwięku, walczyć z instrumentem, żeby wydobyć maksimum forte. Forsowanie niesie utratę kontroli, jakości dźwięku. A tak mogę tu grać w dynamice bardzo przyjemnej.

– Lista muzycznych scen, w których Pan grał budzi respekt – od Musikverein po Carnegie Hall. I teraz – Stacja Biblioteka…

– Zdradzę Pani tajemnicę: Krystian Zimerman bardzo często gra pod fałszywym nazwiskiem w małych miasteczkach Szwajcarii, w kościółkach – tylko po to, żeby wejść w rytm koncertowy, przetestować utwory w wersji koncertowej. Bo czym innym jest ćwiczenie w studio, a czym innym sprawdzenie utworu właśnie w warunkach koncertowych. My wszyscy tego potrzebujemy. Ja też wykorzystuję Stację Bibliotekę w ten sposób. Nie muszę tu grać incognito, nie przyjdą tu krytycy, którzy skrytykują, że coś zagrałem źle. Ale muzycy z pierwszej ligi często grają pod fałszywym nazwiskiem.

– Nie ma tu krytyków, są swoi – sąsiedzi, znajomi, rodzina. Jak się gra dla takiej „swojej” publiczności, a jak dla anonimowej w Carnegie Hall? Czy dla Pana są to te same emocje?

– Moim celem jest osiągnąć zawsze ten sam stan, że gram dla siebie, że jestem w pełni skupiony na muzyce. W sumie nie jestem skoncentrowany na karierze – choć to długi, bardzo intensywny proces – tylko bardziej na samej grze. Dlatego lubię grać dużo koncertów, szukam tego cienkiego przejścia w sferę, gdzie jestem już tylko ja i muzyka. Nie chcę być zdeterminowany przez to, kto słucha. To nie ma znaczenia, czy ktoś jest ważny, czy nieważny. Oczywiście, gdy komuś zależy na dobrej krytyce, to może nie spać trzy noce przed koncertem. Ale doświadczenie pokazuje, że takie myślenie jest niekorzystne. To działa zresztą w każdej dziedzinie. Tenisiści grają świetnie, gdy mają z tego zabawę i grają dla siebie, a nie – gdy analizują każdy ruch. To spójna idea dla wszystkich, którzy chcą wykonywać swoją profesję na najwyższym poziomie: szukamy stanu, w którym jesteśmy totalnie uwolnieni od tego, co kto myśli, co kto robi, kto tam jest, a kogo nie ma. Żeby do tej krainy spokoju wejść, musimy umieć do niej wracać. Dlatego wspomniałem o tenisie – jest taka bardzo ciekawa książka „The Inner Game of Tennis” napisana w latach 70. przez trenera, właściwie psychologa sportowego. Analizował grę tenisistów. W momencie, kiedy oni wszyscy myśleli o backhandzie, forehandzie, ustawieniu dłoni – nagle nie grali na swoim poziomie, byli wręcz sparaliżowani. Ale gdy potrafili wyzwolić się z tych restrykcji, działo się coś dziwnego: nawet nie wiedzieli jak, ale grali świetny mecz, bo byli w ferworze walki.

– A w tej magicznej krainie, gdzie jest Pan już sam – my, publiczność, też istniejemy?

– Publiczność jest mobilizatorem, energią, która każe mi grać dalej. W przeciwnym razie próbny koncert mógłby się odbyć u mnie w domu. Tylko, że w domu mogę zmienić zdanie, przerwać, zrobić próbę później. A tutaj, dzięki Państwa obecności, jest ten moment, który stawia mnie do pionu i chcę, żeby było jak najlepiej. Nie ma też sensu ekscytować się odbiorem publiczności, bo bywa on bardzo różny. Dużo gram w Azji – tam publiczność, gdy tylko siadam, przestaje klaskać. To nie znaczy, że im się nie podoba – tylko mają tak wielki respekt dla muzyka. Gest przygotowania do kolejnego utworu odbierają jako moment, w którym nie należy już wchodzić w interakcję. Niedawno grałem tam koncert, myślałem, że publiczność jest dziwna, ale po recitalu okazało się, że reakcja była fantastyczna – oni po prostu są niezwykle uprzejmi.

– Życzę by w dzisiejszym koncercie odnalazł Pan swoją krainę spokoju…

– I to jest trudny balans, bo gdy trochę zanadto odpłyniemy…

– Nawet gdy zabrzmi to idealnie?

– Niby tak, ale wtedy właśnie, czasami nie wiemy gdzie jesteśmy. Jedna dekoncentracja, nie trafimy w strunę i od razu ta myśl: „O, gdzie jestem?”. Wielu muzyków robi ten błąd, gdy coś pięknego im wyjdzie – zaczynają o tym rozmyślać i … uciekają, zaczynają błądzić.

– Lecz my tego nie wiemy. Odbieramy to jako: „Tak miało być!”.

– Postaram się, żeby tak było.

Koncert Marcina Dylli w Stacji Biblioteka był podróżą przez krainy, które gitara klasyczna potrafi otworzyć: od hiszpańskich klasycznych brzmień, przez arabskie inspiracje w Kitab I José M. Sáncheza – Verdú, po subtelne chopinowskie echa w mazurkach Tárregi. Gitara klasyczna pokazała swoje spectrum – jej dźwięk był romantyczny, delikatny, słodki, ale i niepokojący, a chwilami drapieżny, pulsujący ostrym rytmem, który przyspieszał tętno słuchaczy. Były momenty ciszy tak pełne koncentracji, że czuło się je w powietrzu. Były opowieści pełne radości z grania i spontaniczności, bo Dylla mówi o muzyce tak, jak gra: szczerze, bezpretensjonalnie, z pasją. A po ostatnim akordzie był jeszcze czas na rozmowę, uśmiech, autografy.

Potem mistrz spakował gitarę i ruszył dalej w drogę, między Szanghajem, skąd wrócił, a Rzymem, gdzie wkrótce zagra. Ale w Chebziu na pewno usłyszymy go znowu.

Tekst i foto: BL

Autor wpisu

REDAKCJA
REDAKCJA