Śląska Betlyjka
Kiedy w 1923 roku na łamach „Gościa Niedzielnego” apelowano do Ślązaków, by nie porzucali tradycyjnej betlyjki na rzecz nowoczesnej choinki, mało kto przypuszczał, że sto lat później tradycja ta będzie przeżywać swój renesans. Od monumentalnego, 18-metrowego ołtarza u panewnickich Franciszkanów, po intymne, rodzinne dzieła z węgla i chleba prezentowane w Rudzie Śląskiej – śląska szopka pozostaje żywym dowodem na to, że sacrum bardzo dobrze czuje się w cieniu kopalnianych szybów. Sprawdziliśmy, dlaczego dla mieszkańców regionu budowanie Betlejem stało się międzypokoleniową misją.
W krajobrazie kulturowym Górnego Śląska Boże Narodzenie ma swój własny, unikalny język i formę. Choć cały chrześcijański świat zna scenę narodzenia w Betlejem, to tutaj, między kopalnianymi szybami a robotniczymi familokami, przybrała ona formę szczególną – betlyjki. Zanim zaczniemy podziwiać monumentalne konstrukcje w bazylikach czy precyzyjne miniatury w muzealnych gablotach, powinniśmy zrozumieć, skąd wzięła się ta niemal mistyczna więź Ślązaków z „budowaniem Betlejem”.
Geneza
Słowo „betlyjka” (wywodzące się z niemieckiego Bethlehem) to coś więcej niż regionalna nazwa szopki. To deklaracja przynależności. Choć pojęcia szopka – betlyjka stosuje się dziś zamiennie, dla rodowitego mieszkańca naszego regionu betlyjka niesie ze sobą ładunek domowego ciepła i rzemieślniczego trudu.
O tym, jak głęboko ten termin i idąca za nim tradycja są zakorzenione w naszej tożsamości, mówi prof. Dorota Świtała-Trybek – Pytanie o to, czy betlyjka i szopka to jedno i to samo, ma na Śląsku bardzo czytelną odpowiedź. Tak, ponieważ współcześnie używa się tych wyrazów synonimicznie, przy czym starsze pokolenie częściej mówi jednak: betlyjka. O popularności słowa szopka świadczy jednak fakt, że Muzeum w Rudzie Śląskiej ogłosiło ,,Konkurs na Śląską Szopkę Bożonarodzeniową”, a nie na betlyjkę. Same betlyjki, te misternie wykonane konstrukcje w sposób wyrazisty nawiązują do sceny narodzenia Chrystusa. Warto przypomnieć, że ta nasza tradycja musiała kiedyś walczyć o przetrwanie. Już w 1923 roku na łamach nowo powstałego katowickiego «Gościa Niedzielnego», ksiądz dr Karol Wilk publikował artykuły zachęcające Ślązaków, by nie porzucali dawnych zwyczajów, w tym stawiania szopek – na rzecz choinek. W tamtym czasie choinki, jako element nowej kultury miejskiej, ale też i świeckiej, stały się dla betlyjek konkurencją. To zachłyśnięcie się modą na przystrojone drzewko sprawiło, że tradycyjne stajenki zaczęły znikać z domów. A przecież, mniejsze czy większe, robione własnym sumptem, zawsze były kluczowym elementem śląskiego wyposażenia świątecznego. Dlaczego tak bardzo o nie walczono? Bo według ówczesnych autorów scena narodzenia Chrystusa w betlyjce przyczynia się do godnego obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia, integruje domowników. Przy stajence rodzina miała wspólnie usiąść, by razem śpiewać kolędy i po prostu być ze sobą. I to była, i jest do dziś, największa wartość tych pięknych śląskich betlejek.
Wiek XIX i początek XX to czas gwałtownej urbanizacji Śląska. Do robotniczych mieszkań zaczęła pukać nowoczesność i właśnie wraz z nią – choinka. Przywędrowała z miast, niosąc ze sobą powiew mieszczańskiego luksusu i nowych trendów. Dla tradycyjnej betlyjki nastały trudne czasy. Drzewko bożonarodzeniowe, łatwiejsze do postawienia i efektowne, zaczęło spychać pracochłonne szopki w cień zapomnienia. Betlyjka natomiast była narzędziem budowania wspólnoty, angażowała całe rodziny – ojciec konstruował drewniany szkielet, synowie zbierali mech i korę, a matki dbały o ubiór figurek. To właśnie ta funkcja integracyjna stała się ratunkiem dla tradycji. Betlyjka nie była jedynie martwym obrazem biblijnym; była miejscem świątecznego spotkania. To przy niej, a nie pod choinką, Ślązacy odnajdywali sacrum połączone z codziennym trudem. W małych, domowych betlyjkach Święta Rodzina mieszkała niemalże „ściana w ścianę” z górniczą rodziną, co dawało poczucie, że cud narodzin wydarza się tu i teraz – w Rudzie, Bytomiu czy Chorzowie. Dzięki temu oporowi sprzed stu lat, betlyjka przetrwała jako żywy element kultury, a nie tylko muzealny eksponat, kładąc fundament pod to, co dziś możemy podziwiać w skali mikro i makro.

Panewniki – śląskie Betlejem
Jeśli domowa betlyjka jest sercem śląskiego mieszkania, to ta w katowickich Panewnikach, wznoszona corocznie przez zakonników i wiernych przed świętami Bożego Narodzenia w bazylice św. Ludwika Króla i Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, jest zimą duchowym centrum całego regionu. Od ponad stu lat, niezależnie od panującej aury czy sytuacji politycznej, w okresie Bożego Narodzenia na Śląsku obowiązuje niepisany rytuał: „pojechać do Panewnik”. To już nie tylko religijna tradycja, ale swoisty element regionalnego kodu kulturowego. Wiele śląskich rodzin, po wspólnym świętowaniu, wyrusza w tę małą pielgrzymkę, by podziwiać ogromną betlyjkę w bazylice ojców Franciszkanów.
Skala tego przedsięwzięcia od lat budzi podziw, jednak jego prawdziwe znaczenie leży głębiej, Panewnicka szopka stała się „wzorcem metra” dla śląskiego szopkarstwa. Tradycja, o którą przed laty obawiał się ksiądz Wilk, objawia się tam w swojej imponującej formie. Gigantyczne rusztowania, mnogość figur i precyzyjnie zaaranżowane tło nie przytłaczają jednak wiernych – wręcz przeciwnie, dają poczucie wspólnoty, o której wspominała prof. Dorota Świtała-Trybek. Ślązacy wciąż doświadczają w bazylice tego samego poczucia jedności, dla dziadków to powrót do czasów młodości, dla dzieci – atrakcyjne spotkanie z ruchomymi figurami i żywymi zwierzętami w klasztornym ogrodzie. Odwiedziny w Panewnikach są potwierdzają, że betlyjka wygrała bój z nowoczesnością. Choć choinka stoi dziś w każdym domu, to właśnie w Panewnikach sacrum miesza się z lokalnym patriotyzmem, a biblijna opowieść o narodzeniu Chrystusa zyskuje śląski wydźwięk.

Budowa śląskiej betlyjki nie jest procesem przypadkowym, lecz głęboko przemyślaną architekturą sacrum, która rządzi się swoimi nienaruszalnymi prawami. Każda taka konstrukcja, niezależnie od gabarytów, stanowi w istocie trójwymiarowy mikrokosmos, w którym rzemiosło splata się z teologią. Tradycyjna zasada budowania nakazuje dzielić przestrzeń na trzy wyraźne sfery, prowadzące wzrok widza od tego, co ziemskie i lokalne, ku temu, co boskie i wieczne.
Najwyższa część szopki to sfera niebiańska, zdominowana przez anioły podtrzymujące wstęgi z radosnym „Gloria”, gwiazdę betlejemską oraz tło imitujące nocne niebo, które na Śląsku często wykonuje się z głębokiego, ciemnoniebieskiego aksamitu lub papieru. Poniżej znajduje się serce konstrukcji, czyli sfera historyczna. To miejsce dla żłóbka i Świętej Rodziny, pasterze i mędrcy ze Wschodu. Co kluczowe dla śląskiej tradycji, figury ustawiane w świątyniach, zwane ponikami, powinny być rzeźbione w drewnie i polichromowane, co nadaje im dostojeństwa i odróżnia od masowej produkcji.
Najciekawsza z perspektywy regionalnej tożsamości jest jednak sfera najniższa, umieszczona najbliżej widza, gdzie biblijne Betlejem spotyka się z codziennością Górnego Śląska. Na tym poziomie projektant szopki wprowadza często postacie górników w galowych mundurach, hutników przy pracy czy śląskie gospodynie. Ta warstwa lokalna sprawia, że betlyjka przestaje być jedynie ilustracją wydarzeń sprzed dwóch tysięcy lat, a staje się opowieścią dziejącą się tu i teraz.
Całość tej struktury musi być oparta na naturalnych surowcach, do jej budowy wykorzystuje się pnie drzew, płaty kory imitujące skaliste zbocza oraz prawdziwy, starannie wysuszony mech, który wyściela ścieżki pasterzy. W tych najbardziej rozbudowanych realizacjach, jak właśnie w Panewnikach, do sfery ziemskiej wprowadza się dodatkowo element ruchu i żywej wody – płynące strumyki symbolizują źródło życia, a mechaniczne, kłaniające się figury przypominają, że cała natura i ludzki trud oddają hołd nowonarodzonemu Dzieciątku. W ten sposób precyzyjna konstrukcja i hierarchia warstw budują czytelny obraz świata, w którym sacrum przenika każdą dziedzinę śląskiego życia.

Ruda Śląska
Jeśli Panewniki są sercem tradycji, to Muzeum Miejskie im. Maksymiliana Chroboka w Rudzie Śląskiej staje się jej laboratorium. Tutaj od 1997 roku odbywa się konkurs na „Śląską Szopkę Bożonarodzeniową”, który co roku udowadnia, że betlyjka wciąż ewoluuje.
O fenomenie rudzkiego konkursu i głębszym sensie budowania betlyjek rozmawiamy z Ireną Twardoch, historykiem z Muzeum Miejskiego w Rudzie Śląskiej i pomysłodawczynią konkursu.
– Zanim zaczęłam pracować w muzeum, byłam nauczycielką w szkole podstawowej nr 6. Tam co roku odbywały się jasełka, widziałam tę dziecięcą energię. Kiedy zatrudniłam się w muzeum, przyszła mi taka myśl, że można połączyć te dwa światy: zrobić przegląd szkolnych zespołów jasełkowych i dodatkowo ogłosić konkurs na śląską szopkę. Chodziło o to, by tę tradycję kultywować, podtrzymywać, by nie zniknęła z naszych domów. Pierwszy konkurs odbył się w styczniu 1997 roku. Przez lata go ulepszaliśmy, zmieniając regulamin, by dawać twórcom jak najwięcej przestrzeni.
– Konkurs ewoluował, a wraz z nim kategorie. Skąd pomysł na szopki rodzinne?
– Po pewnym czasie dostrzegliśmy duży dylemat: na ile praca jest dziełem dziecka, a na ile dorosłych. Zamiast z tym walczyć, postanowiliśmy to usankcjonować. Wprowadziliśmy kategorię „szopka rodzinna” i to był przełom. Dzięki temu dorośli także mogą w pełni rozwinąć skrzydła. To ma fantastyczny wymiar integracyjny. Rodziny spędzają czas ze sobą, robiąc coś kreatywnego, a potem z dumą nagrywają efekt końcowy telefonami komórkowymi. To jest atrakcyjna i cenna forma bycia razem – rodzina, wiara, Bóg, a nie tylko kolejne zakupy w galerii handlowej.
– Wspomniała Pani o szopkach, które niosą mocne przesłanie społeczne. Czy betlyjka może być komentarzem do współczesności?
– Absolutnie. Nie narzucamy tematu, pozwalamy na pełną kreatywność i to owocuje pracami z niesamowitymi przesłaniami. Pamiętam szopkę, w której Święta Rodzina stała w całkowitym osamotnieniu na przystanku autobusowym, a w tle majaczyły zimne wieżowce. To był przejmujący obraz tego, że Bóg staje się niepotrzebny w świecie oślepionym świecidełkami i prezentami. Innym razem widzieliśmy szopkę zamkniętą w ekranie telewizora albo taką wykonaną z gazetek reklamowych z marketów. Niezwykle poruszająca była praca rodziny Sikorów – rzeźbiona w drewnie, z ukrytym lusterkiem. Każdy, kto się nad nią nachylił, widział w stajence samego siebie. To uświadamiało widzowi jego własne miejsce w tej świętej historii.
– Materiały, z których powstają rudzkie szopki, bywają wręcz niewiarygodne. Co najbardziej zapadło Pani w pamięć?
– Przez te lata widzieliśmy wszystko: szopki ze śrubek, gwoździ, a nawet taką najmniejszą, która mieściła się w łupinie orzecha. Pamiętam betlyjkę wykonaną „z maszkietów” – ze słodyczy, lentilek i pierniczków. Wyglądała jak domek Baby Jagi, dzieci nie mogły od niej oderwać wzroku. Ale była też szopka głęboko symboliczna, wykonana w całości z chleba. Grota była skorupą wielkiego bochenka, a figurki ulepiono z miąższu. To genialne nawiązanie do Betlejem jako „domu chleba”. Choć większość prac po wystawie wraca do autorów – bo nie mamy miejsca na ich przechowywanie, a materiały są nietrwałe i kruche – to te obrazy zostają w nas na zawsze.
– Czy w tych pracach wciąż bije śląskie serce?
– Tak, to jest wciąż fundament. Ludzie instynktownie nawiązują do naszych tradycji. Pojawia się szyb „Andrzej”, szopki w wagonikach kopalnianych, czy przedstawienia śląskiego obiadu u żłóbka. Jako muzeum stoimy na straży tej tradycji. Przecież dawniej w Adwencie robiło się betlejki, stawiało się je na honorowym miejscu, na werticolu, i przy nich śpiewało kolędy. Podstawą była betlejka, nie choinka, która na Śląsku bywała postrzegana jako wpływ obcy, miejski. Naszą misją jest przypominanie o tym, że Boże Narodzenie ma swoje szczególne
miejsce tu, na Śląsku. Ludzie wychodząc z wystawy, już planują, czym zaskoczą nas w przyszłym roku. To dowód, że ta tradycja żyje i ma się świetnie.

Za kulisami tradycji
Choć idea szopki jest czysto duchowa, to jej muzealna prezentacja wymaga sporo pracy i precyzji. W tej edycji konkursu za stronę techniczną i organizacyjną odpowiadał historyk z Muzeum Miejskiego im.Maksymiliana Chroboka, Zdzisław Sobieraj. To on i jego zespół zadbali o to, by każda z siedemdziesięciu pięciu prac, które znalazły się na pokonkursowej wystawie, została należycie uhonorowana.
– Na przygotowania nie mamy zbyt wiele czasu, ponieważ musimy najpierw poczekać na wszystkie zgłoszenia. Jury zbiera się na tydzień przed otwarciem wystawy pokonkursowej i to wyznacza ramy czasowe na dopięcie wszystkich szczegółów. Prace techniczne, takie jak porządkowanie szopek według kategorii wiekowych, trwają od poniedziałku do czwartku. Wymaga to przygotowania odpowiednich dekoracji, ale i sporządzenia kilkudziesięciu indywidualnych dyplomów, aby każdy laureat został należycie wyróżniony.
Pan Zdzisław kładzie nacisk na to, by nagroda była adekwatna do trudu włożonego w budowę betlyjki. – Dbamy o to, aby na każdym dyplomie znalazło się zdjęcie konkretnej, wyróżnionej szopki wykonanej przez danego uczestnika. Zdjęcia są odpowiednio wkomponowane, a wszystko razem następnie przesyłane do drukarni, aby zapewnić wysoką jakość dyplomów. Staramy się aby ich poziom estetyczny odpowiadał trudowi włożonemu w budowę szopek. To wyraz szacunku dla wysiłku dzieci.
Wcześniej jednak przychodzi czas na najważniejsze – na ocenę nadesłanych prac. Obradom komisji przewodniczył ks. dr Leszek Makówka, proboszcz parafii Podwyższenia Krzyża Świętego w Kłodnicy. W skład jury weszli również wybitni przedstawiciele świata nauki i sztuki: dr hab. Dorota Świtała-Trybek (profesor Uniwersytetu Opolskiego i reprezentantka Międzynarodowej Organizacji Sztuki Ludowej), mgr Grażyna Osmala-Schreiber (artysta plastyk i pedagog) oraz mgr Tomasz Nocoń (redaktor „Gościa Niedzielnego” związany z Wydziałem Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego). Skład sędziowski nie jest przypadkowy – stanowi on bowiem świadome nawiązanie do wieloletniej tradycji konkursu. Od samych jego początków dbano o to, by w komisji zasiadał duchowny, co jest bezpośrednim hołdem dla św. Franciszka z Asyżu, twórcy pierwszej żywej szopki z 1223 roku. Zaproszenie ks. Leszka Makówki jest kontynuacją „dobrego zwyczaju” zapoczątkowanego wcześniej przez wieloletniego członka jury, ks. Jana Małyska. Obecność teologa w gronie sędziowskim zapewnia także fachowe spojrzenie na religijny i duchowy wymiar prac, który jest kluczowy dla idei tego wydarzenia. Praca jury obejmuje ocenę szopek w sześciu kategoriach wiekowych. Eksperci kładą szczególny nacisk na kreatywność i autorskie podejście do tematu, samodzielność wykonania, umiejętne wplecenie elementów regionalnych oraz architektury miasta.
Zdzisław Sobieraj wyjaśnia kryteria, które od lat sprawiają, że rudzka wystawa trzyma tak wysoki poziom. – Najważniejsza jest kreatywność oraz własna praca uczestnika, co oznacza rezygnację z gotowych elementów na rzecz ich twórczego przetworzenia. Szopki powinny nawiązywać do tradycji Betlejem, ale jury docenia również współczesne akcenty regionalne, wynikające z kultury śląskiej oraz polskiej. Uczestnicy często doskonalą swój unikalny styl w kolejnych edycjach. Rudzkie szkoły stanowią główny nasz kanał informacyjny o konursie, a zaangażowanie nauczycieli i rodziców pozwala na budowanie czegoś naprawdę unikalnego, tradycji opartych na relacjach bardzo osobistych.
Uroczysty wernisaż wystawy odbył się tuż przed świętami, 19 grudnia. Finał konkursu należy jednak nie do jury, a do mieszkańców. Goście muzeum do samego końca mogą brać udział w głosowaniu na najpiękniejszą szopkę. Nagroda publiczności, wręczana w dniu zamknięcia ekspozycji, jest często najbardziej wyczekiwanym laurem.

Misja
Współczesna betlyjka jak wiele naszych zwyczajów, potrzebuje silnych, świadomych instytucji, które staną na straży tego dziedzictwa. W Rudzie Śląskiej tę rolę z pełnym przekonaniem przyjmuje Muzeum Miejskie. Jak podkreśla etnograf i dyrektor placówki Ewelina Pieczka, konkurs nie jest jedynie cyklicznym wydarzeniem plastycznym, ale kluczowym elementem właściwie pojętej misji wspierania dziedzictwa kulturowego. – Nasze muzeum stara się inicjować działania wspierające dziedzictwo, którego fundamentem są nasze rodzinne zwyczaje i tradycje. Poprzez ten konkurs skutecznie promujemy zanikającą tradycję budowania śląskich szopek, a wokół samej wystawy jestesmy w stanie zbudować całą ścieżkę edukacyjnąwarsztaty, pogadanki i lekcje muzealne o kolędowaniu czy zwyczajach noworocznych.
Dla dyrekcji i całego zespołu muzeum celem nadrzędnym jest, aby placówka stała się centrum edukacji regionalnej z prawdziwego zdarzenia – miejscem, z którego zasobów i wiedzy o dziedzictwie będą mogli czerpać nauczyciele oraz regionaliści.
Z powodu remontu w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu, które od wielu lat również organizuje swoje słynne wystawy szopek bożonarodzieniowych , tym razem to Ruda Śląska stała się w tym sezonie najważniejszą ekspozycją. To ostatnie chwile, by zajrzeć do Rudy Śląskiej i dotknąć tej żywej tradycji – wystawa jest dostępna dla zwiedzających tylko do 1 lutego. Warto wykorzystać ten czas, by na własne oczy zobaczyć, jak biblijna opowieść, śląski etos pracy i nieskrępowana wyobraźnia łączą się w jedno.
Od monumentalnych Panewnik, o których pisał przed stu laty ks. Wilk, po współczesne sale rudzkiego muzeum – śląska betlyjka wciąż zaprasza do środka, przypominając, że Boże Narodzenie zaczyna się tam, gdzie ludzie potrafią wspólnie pielęgnować swoje korzenie.
Tekst i foto: BL

Autor wpisu