Facebook
Aktualny numer

Najlepszy tygodnik i portal społeczno-kulturalny w Rudzie Śląskiej

Zapasy strzałem w dziesiątkę

05-02-2021, 11:47 Agnieszka Lewko

"Satysfakcję mam zawsze wtedy, kiedy zawodnik pokonuje jakąś swoją barierę” - mówi Tomasz Garczyński, który niedawno obchodził swoje 50. urodziny. Zapaśnik i trener, który od wielu lat wychowuje kolejne pokolenia rudzkich zapaśników, opowiada o swojej karierze, a także o miłości do zapasów.

- Kiedy zaczął Pan swoją przygodę z zapasami?

- Zapasy zacząłem uprawiać w wieku 15 lat, był to rok 1986. W tym czasie zacząłem uczęszczać do technikum rolniczego w Borkowicach (obecnie jest to województwo mazowieckie), przy którym funkcjonował klub zapaśniczy. Moim pierwszym trenerem był pan Józef Maciejczak, do dziś szkolący zapaśniczą młodzież.

- W jakich klubach trenował Pan od początku swojej zapaśniczej kariery?

- Pierwszy był MULKS Platan Borkowice, w którym trenowałem w latach 1986-1991. Później był to już KS Slavia Ruda Śląska. Tam w latach 1991-2000 kontynuowałem karierę zawodniczą, a w latach 2000-2006 pracowałem jako szkoleniowiec. Dodam też, że w 2006 roku byłem jednym z inicjatorów utworzenia nowego, jednosekcyjnego klubu ZKS Slavia Ruda Śląska, w którym do dzisiaj jestem trenerem oraz pełnie funkcję wiceprezesa.

 - Proszę opowiedzieć naszym Czytelnikom, dlaczego najbardziej pokochał Pan właśnie zapasy?

- W młodości uprawiałem również inne dyscypliny sportu, nie tylko zapasy, ale właśnie one okazały się dla mnie przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Dlaczego? Na matę zapaśniczą wychodzi dwóch zawodników i toczy walkę. Za jej wynik i przebieg odpowiadają tylko walczący. Po przegranym pojedynku można mieć pretensje tylko do siebie, a nie do kolegów z drużyny czy trenera, jak to często bywa w innych dyscyplinach.

- A czy bardziej satysfakcjonowała Pana kariera zapaśnika, czy praca trenera?

- Kiedy byłem zawodnikiem, to nie wyobrażałem sobie pracy jako trener. Był krótki moment, gdy te dwie funkcje pełniłam jednocześnie. Nie było łatwo, ale w 2000 roku podjąłem decyzję o definitywnym zakończeniu kariery zawodniczej. Odpowiadając na pytanie - w obydwu rolach czułem się dobrze oraz obie sprawiały i sprawiają mi satysfakcję.

- Teraz jest Pan cenionym trenerem. W jaki sposób przekazuje Pan młodym ludziom miłość do zapasów?

- Przekazać komuś miłość do czegoś to chyba bardzo trudne. Ja po prostu wykonuję pracę charakterystyczną dla każdego trenera, czyli szukam zdolnych, a czasami mniej zdolnych dzieci, zachęcam je do coraz cięższego treningu. Na bieżąco staram się pomagać w rozwiązywaniu ich problemów, nie tylko związanych z treningiem. Obserwuję, jak dorastają przy zapasach, stają się zawodnikami rywalizującymi z większym lub mniejszym szczęściem. Jedni „zarażają się” i kochają każdą chwilę spędzoną na treningu, zgrupowaniu, zawodach, a inni idą własną, ale inną drogą.

- Jednak wielu podopiecznych może pochwalić się licznymi sukcesami. Co Pan czuje, kiedy zdobywają medale?

- Satysfakcję mam zawsze wtedy, kiedy zawodnik pokonuje jakąś swoją barierę. Czasami jest to zdobyty punkt techniczny, czasami wygrana walka, a czasami, i to nie rzadko, medal Mistrzostw Polski. Każdy taki sukces odbierany jest przeze mnie inaczej, indywidualnie. Każdy zawodnik ma swoją historię. Im większym kosztem medal jest zdobywany, tym bardziej cieszy.

- Trenowanie innych to trudne zadanie?

- Obecnie dzieci i młodzież nie garną się tak chętnie do treningów. Są mniej sprawne, wygodne, niechętnie wychodzą z tak zwanej strefy komfortu, a ciężki trening to bezustanne przebywanie poza tą strefą. Oczywiście zdarzają się talenty, ale wtedy „biją się” o nie wszystkie kluby i sekcje. Praca ze starszymi, ukształtowanymi już zawodnikami też ma swoje plusy i minusy. Wniosek - efektywna praca trenera jest coraz trudniejsza, ale jakby było mi tak bardzo ciężko, to pewnie bym jej nie wykonywał.

- Co uważa Pan za swój największy sukces w pracy trenera?

- Myślę, że ten największy sukces trenerski jest jeszcze przede mną. Jednak chciałbym powiedzieć o innym sukcesie, również związanym z moją pracą w klubie. O sukcesie w każdej formie działalności decyduje zespół współpracowników. Jeżeli o mnie chodzi, to mam to szczęście współpracować z moimi przyjaciółmi, wspaniałymi ludźmi, którzy są pełni poświęcenia dla naszej wspólnej pasji. Są to Elżbieta i Marek Garmulewiczowie oraz Władysław Dziura. Dzięki temu zespołowi ludzi ZKS Slavia odnosi tak spektakularne sukcesy.

- Od prawie roku nasze życie znacznie się zmieniło. Towarzyszy mu wiele ograniczeń i obostrzeń. Czy z powodu pandemii zainteresowanie zapasami zmniejszyło się?

- Przepisy dotyczące możliwości treningu zmieniały się wielokrotnie. Zapasy, to sport kontaktowy, uprawiany w halach. Od marca do maja 2020 roku nie można było trenować w ogóle. Później można było trenować, ale z ograniczeniami. Od września wróciła możliwość udziału w zawodach. Od stycznia tego roku znów mamy ograniczenia dotyczące treningu najmłodszych dzieci. Jednak zainteresowanie nie zmniejszyło się. Nauka zdalna powoduje, że młodzież na trening przychodzi chętniej. Młodsze dzieci są przyprowadzane przez rodziców, którzy zdają sobie sprawę z potrzeby udziału ich pociech w zajęciach ruchowych.

- Jak obecnie wyglądają treningi zapaśnicze i zawody?

- Większą uwagę zwracamy na dezynfekcję rąk. Mata jest dezynfekowana systematycznie przez obsługę hali. W obiekcie nie mogą przebywać osoby niebiorące udziału w treningu - na przykład rodzice. Z kolei zawody rozgrywane są w tak zwanym reżimie sanitarnym i bez udziału publiczności.

- Jakie ma Pan plany związane z zapasami, jak już wrócimy do dawnego życia?

- Mam zamiar nadal robić swoje, dopóki zdrowie na to pozwoli. Przy okazji chciałbym podziękować mojej żonie Katarzynie, która wtedy, kiedy nie było mnie w domu – a nie było mnie prawie zawsze przez 25 lat, zadbała, aby nasz dom funkcjonował normalnie. I wiem, że nadal będzie mnie wspierać.

- Dziękuję za rozmowę.


Komentarze