Facebook
Aktualny numer

Najlepszy tygodnik i portal społeczno-kulturalny w Rudzie Śląskiej

Szachy to moja pasja, z której nigdy nie zrezygnuję

28-06-2022, 09:29 Dawid Kosmalski

Katarzyna Krajewska ustanowiła rekord Polski w największym symultanicznym pojedynku szachowym. Wydarzenie miało miejsce 25 maja w Arenie Zabrze. Mieszkająca w Bielszowicach szachistka opowiedziała nam o pomyśle na ustanowienie rekordu, trudnościach w trakcie zmagań oraz tego, co najbardziej ją motywowało do spędzenia aż 11 godzin przy 201 szachownicach.

– Jak wyglądały Pani przygotowania do symultany?
– Na co dzień trenuje dzieci w klubie Szach Mat Zabrze, uczę w szkołach i prowadzę zajęcia indywidualne, co uznaję za trening. Nie jestem typem sportowca, ale po konsultacjach z fizjoterapeutą i po zrobieniu podstawowych badań chodziłam w domu na bieżni, grałam także w piłkę nożną, by ćwiczyć nogi. W Zabrzu mamy lokal szachowy i często w przerwach od zmagań szachowych gramy z uczniami w piłkę. Jest to nasza odskocznia w przerwie od szachów. Niektórzy wręcz uważają, że bardziej ciągnie mnie do piłki nożnej niż do szachów. Swoją drogą moim marzeniem jest połączyć klub szachowy z piłką nożną. Liczę na współpracę piłkarsko-szachową z Górnikiem Zabrze, bo właśnie Górnik był moim pierwszym klubem szachowym.

– Skąd pojawił się pomysł, aby zasiąść do tak długiego pojedynku?
– Idea zrodziła się podczas rozmów ze znajomymi na temat szachów i rekordów. Tak pojawił się pomysł symultany szachowej, początkowo na 100 szachownic. Nie było jednak mowy o tym, abym to ja biła rekord. Miałam być organizatorką wydarzenia, szukałam do symultany chętnej osoby wśród znanych szachistów. Niestety arcymistrzowie życzyli sobie po kilkadziesiąt tysięcy złotych za występ. W trakcie przygotowań okazało się, że termin bicia rekordu został wyznaczony na 25 maja, czyli na dzień moich 35. urodzin. Ostatecznie po wielu rozmowach w klubie namówiono mnie, abym tego sama dokonała, choć miałam co do tego sporo wątpliwości. W ten sposób odpadła nam kwestia honorarium dla szachisty, a i dzięki temu zyskałam szansę, aby udowodnić, że szachy to moja pasja, z której nigdy nie zrezygnuję. Po niedawnych zmianach w życiu prywatnym postanowiłam w całości poświęcić się tej dyscyplinie, co sprawiło, że ten rekord stał się dla mnie szczególnie ważny, podobnie jak spędzenie urodzin w niepowtarzalny sposób.

– Co w trakcie zmagań było dla Pani najtrudniejsze?
– Moja kondycja – już po 2-3 godzinach (cała symultana trwała ponad 11 godzin – przyp. red.) bolały mnie nogi. Zaczęłam to odczuwać, gdy podchodziłam do szachownicy, a moi przeciwnicy zastanawiali się nad ruchem. Ponieważ ciągły ruch był dla mnie ważny, oczekując na działania przeciwnika, ruszałam nogami w miejscu. Miałam przywilej wykonania trzech ruchów przy szachownicy wraz z przeciwnikiem na moją prośbę. Wielu doświadczonych szachistów krytykowało ten przywilej. Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy, że im dłużej grałam, tym mniej wykorzystywałam ten przywilej, bo oczekiwanie na ruch po prostu sprawiło mi ból. Po około pięciu godzinach szachownice zaczęły się ,,zlewać”, aż w pewnym momencie musiałam zejść na przerwę medyczną. Nie chciałam schodzić, ale gdy pojawiły się mroczki przed oczami i łzy, zgodziłam się na przerwę. Zdarzało się, że grałam przy szachownicach w pozycji klęczącej, co było moim błędem, gdyż ciężko później było wstać o własnych siłach. Niełatwo grało się z moimi podopiecznymi, którzy doskonale wiedzą, jak gram. Poza tym wiele osób przygotowywało się na mnie pod względem debiutów szachowych, przez co musiałam o wiele więcej czasu spędzać na liczeniu wariantów. Miałam ogromne szczęście, że lekarzem była znana mi Zofia Straszak (wiceprezes zabrzańskiego klubu szachowego Szach Mat – przyp. red.), która pomagała mi podczas przerw i czuwała nade mną, gdy chodziłam po sali gry. Uważam więc, że sukces jest nasz wspólny. Zosia pełniła funkcje dyrektora symultany i lekarza, ale też była właśnie tą osobą, która we mnie wierzyła i dzięki której zdecydowałam się podjąć to wyzwanie. Wracając do przerw – były one bardzo ważne, bo gdybym nie wróciła z medycznej przerwy, rekordu by nie było. Gdy już wiedzieliśmy, że spełniony został warunek ponad 60 procent wygranych, został nam ostatni, mianowicie musiałam o własnych siłach dograć wszystkie partie. Pamiętam, że po przerwie medycznej, podczas której znów pojawiły się łzy, wszyscy zawodnicy pozostali na sali gry proponowali mi remis. Nie miałam tak do końca świadomości, co się dzieje, ale że zawsze walczę do końca, nie zgodziłam się, grałam dalej. Dopiero na drugi dzień wytłumaczyli mi, że gdybym się zgodziła na remisy, to rekord zostałby ustanowiony i tak, ale oczywiście statystyki byłyby znacznie gorsze.

– 11 godzin, 24 minuty i 12 sekund trwała najdłuższa z 201 partii, którą Pani rozegrała. Czy poza nią któraś rywalizacja szczególnie utkwiła Pani w pamięci?
– Oczywiście, było takich kilka. Pamiętam pojedynki z moimi podopiecznymi, które po trzech dniach odtwarzałam - nawet nie spodziewałam się, jaką mam pamięć do rozegranych partii. Jednak najbardziej, z powodów sentymentalnych, utkwiła mi w pamięci partia z moim trenerem z czasów juniorskich – Michałem Fudalejem, także rudzianinem. Chodząc między szachownicami, nie patrzyłam na zawodników, na szachownice i wykonywałam ruchy taśmowo, natomiast przy Michale zawsze patrzyłam na niego, by móc odczytać emocje z twarzy albo z ruchu oczu, co analizuje. Niestety nie było łatwo, bo jest profesjonalistą. Zdarzyło się również, że zatrzymałam jedną partię, bo pamiętałam pozycje i okazało się, że figury zostały przestawione.

– Jakie emocje towarzyszyły Pani po zakończeniu symultany?
– Byłam w szoku, szczęśliwa. Gdy wręczyli mi certyfikat, to nie wiedziałam, co powiedzieć, po prostu się uśmiechałam, a inni robili zdjęcia. Po części oficjalnej, jako że byliśmy na stadionie, mogłam kopnąć piłką w kierunku rozstawionych szachownic. Jednak proszę mi uwierzyć – piłka ominęła wszystkie szachy, w co nikt nie mógł uwierzyć. Ze stadionu nie byłam wstanie wrócić sama do domu i ponoć w samochodzie dalej nie wiedziałam, co się wydarzyło. Teraz też się dziwnie czuję, gdy w codziennych sytuacjach przypadkowi ludzie składają mi gratulacje. Nie spodziewałam się takiego odzewu. Były też pierwsze autografy i zdjęcia. Dopiero teraz dochodzi do mnie, że zapisałam się na kartach historii i już nigdy nikt nie będzie pierwszy – tylko ja, bo to pierwszy oficjalny rekord w pojedynku symultanicznym w Polsce. Ponadto jestem jedyną kobietą, która ustanowiła rekord.

– Jak długo trwała Pani regeneracja po zmaganiach? Kiedy ponownie zasiadła Pani do partii szachów?
– Po około dziesięciu dniach – najgorszy był dzień po symultanie. Nie potrafiłam wstać z łóżka do tego stopnia, że potrzebna była interwencja lekarza. Otrzymałam kroplówkę i byłam na lekach przeciwbólowych. Gdy następnego dnia wyjechałam z juniorami na trzy dni do Ustronia na Mistrzostwa Śląska w szachach szybkich, pojawił się ogromny ból kręgosłupa w odcinku szyjnym. Szczerze mówiąc, nie przewidziałam, jak mój organizm zareaguje. Do partii szachów usiadałam już po dwóch dniach, ale tak jak wspominałam, już po rozegranych partiach w trakcie symultany analizowałam je dodatkowo w głowie.

– Dziękuję za rozmowę.


Komentarze