Facebook
Aktualny numer

Najlepszy tygodnik i portal społeczno-kulturalny w Rudzie Śląskiej

Na scenie od 30 lat

14-10-2021, 09:15 Joanna Oreł

Grzegorz Poloczek to pochodzący z Rudy Śląskiej satyryk, kabareciarz, piosenkarz, autor tekstów, skeczy, monologów oraz scenariuszy programów telewizyjnych i konferansjer. Artysta ma na koncie trzy podwójne albumy muzyczne, a obecnie pracuje nad nową płytą oraz programem artystycznym. Rudzianin na scenie występuje od ponad 30 lat. Z okazji 30-lecia w kabarecie 14 października na deskach Miejskiego Centrum Kultury odbędzie się benefis Grzegorza Poloczka. Z artystą rozmawiamy o jego dotychczasowym dorobku, miłości do Śląska oraz planach na kolejne lata.

– 30 lat działalności artystycznej to dla Pana dużo czy mało? Czuje się Pan spełnionym artystą?
– To chyba tak w sam raz. Można przez 30 lat dużo zdziałać, jeśli jest się twórcą, który wie, czego chce. Ja zawsze chciałem być kabareciarzem ze Śląska. Myślę, że jestem spełniony, ale jeszcze o emeryturze nie myślę. Coraz trudniej stworzyć coś nowego w swoim klimacie, ponieważ wiele tematów już sam wyczerpałem, ale jednak ciągle coś nowego robię i często bywam z siebie zadowolony. Nie należę do czołówki znanych artystów, jednak nie muszę się niczego wstydzić. Były czasy, gdy jeszcze z kolegami z Kabaretu Rak byliśmy młodsi i można było czymś zaszokować, wzbudzić kontrowersje, aby zabłysnąć, ale byłem pierwszy, który nie lubił tanich, cwaniackich chwytów. Cieszę się dzisiaj, że potrafiłem rezygnować z propozycji, których mógłbym się teraz wstydzić. Co mnie jeszcze czeka, tego nie wiem, ale będąc czujnym, podejmuję ciągle jakieś wyzwania. Oby były udane.

– Który moment swojej kariery w kabarecie, czy to w muzyce uważa Pan za najważniejszy?
– Bardzo ważne były nasze kabaretowe początki. Z Krzysiem Hanke i Marianem Makulą ruszyliśmy w Polskę z naszym kabaretem, co „godo” po Śląsku i podbijaliśmy kabaretowe środowisko. Byliśmy pierwszym autorskim kabaretem ze Śląska, który zaskakiwał jurorów na wielu przeglądach kabaretowych. Mówili nam, że „godomy”, prezentując własną literaturę i dzięki temu jesteśmy inni, nowi i ciekawi. My chcieliśmy oczywiście być śmieszni i byliśmy. Ludzie płakali ze śmiechu i zawsze bisowaliśmy kilka razy, bo nie chcieli nas wypuścić ze sceny. To były piękne czasy, ale punktem kulminacyjnym dla mnie osobiście było rozstanie z Kabaretem Rak. To było bolesne, ale nieuniknione. Musiałem stanąć samodzielnie na nogach, aby nie zniknąć gdzieś zapomniany przez moją publiczność. Bałem się takiej porażki i dlatego naszły mnie nadprzyrodzone siły. Zacząłem oprócz „godanio”, śpiewać piosenki i je tworzyć, jedna po drugiej. Od czasu mojego rozstania z Kabaretem Rak napisałem ok. 90 piosenek, które wydałem na płytach CD. Napisałem swoje świąteczne, bożonarodzeniowe pastorałki, nagrałem płytę DVD z autorskim programem i napisałem skromną książkę. Zawsze byłem twórczy, ale przez te ostatnie siedem lat wyjątkowo. Bardzo jestem wdzięczny Krzysiowi i Marianowi, że razem przeżyliśmy fajne lata, ale satysfakcję mam z tego, że gdy zostałem sam, sprawdziłem się i dałem radę.

– Śląsk, z którym jest Pan związany, zawsze istniał w Pana tekstach – czy to w ich treści, czy przez sam fakt pisania w „godce”. Jakie miejsce w Pańskim sercu zajmuje nasz region?
– Śląsk odzwierciedla się w moich tekstach, bo jakby mogło być inaczej? Jestem Ślązakiem z krwi i kości i nawet się nad tym nie zastanawiam. Po prostu żyję. Piszę o tym, o czym myślę i co widzę, gdy zamykam oczy. Jestem prostym człowiekiem i takie to zwykłe życie Ślązaka to moja normalność. Kocham domy z czerwonej cegły, hałdy i szyby kopalniane. Cieszy mnie, gdy udaje mi się napisać fajną piosenkę o Śląsku i raduje każda szczera opinia o niej, czasem nieznanych mi ludzi. Bywam bliski ludziom, bo moje historie są im bliskie. Kocham swój region i jeśli mam jakiś talent, to chciałbym go cały oddać temu miejscu.

– Teksty, które prezentuje Pan na scenie, zarówno bawią publiczność, jak i wywołują refleksje. Skąd czerpie Pan inspiracje?
– Gdy jest się kabareciarzem, to trzeba być zabawnym przede wszystkim, ale klasyczny kabaret to też zaduma i refleksja. Nie można być kabareciarzem ze Śląska i stronić od refleksji. Jeśli ktoś tak potrafi, to coś jest nie tak. Ślązacy bywają śmieszni, ale też nasza historia pokazuje, jaki Śląsk jest tragiczny. Ja jestem, jaki jestem. Nikogo nie gram. Właśnie chyba to, że jestem właśnie taki, pozwoliło mi zostać na scenie, bo mam swoją wierną i już nie tylko śląską publiczność.

– Mówi Pan, że jest Pan spełniony jako artysta. Czy to oznacza artystyczną „emeryturę”? Jakie ma Pan te bliższe i dalsze plany sceniczne?
– Póki się da, nie chcę słyszeć o żadnej emeryturze. Każdy powinien pracować, jak długo może. Oczywiście są zawody, gdzie ludzie tak harują fizycznie, że jest to nie możliwe, jednak artyści bardziej cierpią, gdy odpoczywają. Ciągle myślę, gdzie wystąpić i co zaprezentować. Mam bardzo fajny zespół. Otaczam się teraz młodszymi od siebie. Bartos Bartłomiej Kuźniarz to świetny gitarzysta, a Kasia Piowczyk to perła, jeśli chodzi o śpiewanie. Jesteśmy zgrani i podobno fajnie razem brzmią nasze głosy, więc dużo śpiewamy. Od kabaretu jestem ja, Kasia jest od śpiewania, a Bartek od muzyki i tak jest dobrze. Czasem wzbogacam zespół o dodatkowych muzyków, ale nasza trójka to jest podstawa. Myślę, że po pandemii już nic nie będzie takie samo, jak było, ale zrobię wszystko, aby było jeszcze lepiej. Coś mi mówi, że te moje śląskie teksty, to jeszcze jest przyszłość i one dopiero nabiorą wartości. Jeszcze w październiku tego roku wydam najnowszą płytę, która ma tytuł „Ogień gaśnie”, tak jak jedna z moich najnowszych piosenek, którą kocham wyjątkową miłością. Teraz jeszcze zagram mój benefis i inne koncerty, a w przyszłym roku przygotuję program, który chciałbym nazwać „Ino po Śląsku”. Już teraz wszystkich zapraszam na wiosnę najpierw do MCK-u w Nowym Bytomiu, a potem wszędzie tam, gdzie nas zechcą.

– Dziękuję za rozmowę.


Komentarze