Daria z Rudy Śląskiej
11-02-2026, 14:35 Tekst i foto: bl
Czwartek, 18.00, 5 lutego. Pub Druid od dawna już ma komplet rezerwacji, a wieczór dopiero się zaczyna. Na scenie stoją już gitary, mikrofon, pojawiają się muzycy – i wchodzi ona.
Daria Salamon.
Rudzianka, finalistka „Szansy na sukces”, laureatka nagrody prezydenta miasta Ruda Śląska „Róża Talentów” w kategorii „Młodzi twórcy”, studentka I roku Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina, gdzie kształci się w klasie prof. dr hab. Roberta Cieśli oraz mgr Aleksandry Gotowickiej. Na ten prestiżowy kierunek trafiają głównie absolwenci szkół muzycznych – Daria dostała się dzięki talentowi i ogromnej pracy. Jej nauczycielem był Wojciech Sanocki z Młodzieżowego Domu Kultury, który szkolił jej głos, wysyłał na koncerty i wspierał. Dziś Daria gra w warszawskich klubach, występowała w kultowym musicalu „Metro”.
W Druidzie od pierwszych chwil zdobywa sympatię publiczności. Jest naturalna, urocza, dowcipna. Ma w sobie tę rzadką lekkość, dzięki której ludzie czują się przy niej swobodnie. A kiedy zaczyna śpiewać, rozmowy cichną, głowy odwracają się w jej stronę. Jej głos jest mocny, charakterystyczny, a przy tym pełen magnetycznej głębi – nie prosi o uwagę. On ją po prostu dostaje. Towarzyszą jej Kriss na gitarze i Borówa na basie. Trio brzmi tak, jakby grało razem od lat, choć to ich debiut. I choć wieczór opiera się na znanych utworach, nie jest to koncert coverów. To koncert interpretacji – odważnych, świeżych, momentami zaskakujących.
„Englishman in New York” Stinga unosi się nad salą z nową lekkością, a słowa be yourself w refrenie brzmią wyjątkowo dobitnie. „Krakowski Spleen” Maanamu nabiera większej twardości i siły przekazu. „Jolka” Budki Suflera staje się opowieścią o letnim romansie, pozbawioną ciężaru emocji oryginału. A utwory Amy Winehouse brzmią w jej wykonaniu wiarygodnie, jak manifest niezależności i determinacji, którą Daria ewidetnie ma w sobie. W finale cały pub śpiewa wraz z nią „Rehab”. Po koncercie są gratulacje, kwiaty, wspólne zdjęcia. Jej młodsza siostra podbiega i wtula się w nią z całej siły – obrazek tak czuły, że trudno o nim zapomnieć.
A potem siadamy do rozmowy.
– Twój występ w Druidzie był magiczny. Zaśpiewałaś utwory Annie Lenox, Kory, Stinga, oczywiście Amy Winehouse… Wybierałaś utwory według jakiegoś konkretnego klucza?
– Tak, wybrałam utwory, które albo najbardziej mnie opisują, albo są mi bliskie emocjonalnie. Na przykład Amy Winehouse – wydaje mi się, że każdy, gdy o mnie myśli, albo nawet – ja sama o sobie, to gdzieś tam w moim śpiewie ta Amy jest. Od niej się u mnie wszystko zaczęło. Ale wybrałam też piosenki, które rodzice „wszczepili” mi w dzieciństwie – „Jolkę” i „Krakowski Spleen”. To był taki ukłon w ich stronę. Chciałam też zaśpiewać piosenki, które wszyscy znają. Wiele z nich śpiewałam już kiedyś na Dniu Kobiet, to właśnie manifesty kobiecej siły.
– Co dla Ciebie oznacza mierzenie się z cudzym repertuarem?
– Cover ma sens tylko wtedy, kiedy dodam do niego coś swojego. Nie widzę powodu, żeby śpiewać tak samo jak oryginał. Uwielbiam eksperymentować z moim głosem. Często wiele rzeczy dzieje się na żywo, spontanicznie – jak te wokalizy na końcu „Run out”. Po prostu coś czuję śpiewając - i to właśnie dodaję. Nawet gatunkowo nie chcę się szufladkować. Chcę mieszać pop z jazzem, soulem, dodawać może i zaśpiewy ludowe, szukać - aż znajdę coś idealnie swojego. Ale kiedyś przez pomyłkę odkryłam, że potrafię rapować! Miałam występ z autorskim „Danse Macabre”, weszłam w utwór dwa razy za szybko i… przerapowałam całą piosenkę. Adrenalina zrobiła swoje.
– Studiujesz na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. Jak się tam odnajdujesz?
– Fantastycznie! Jestem na kierunku musicalu, na Wydziale Wokalno-Aktorskim. To właśnie jest kierunek, który rozwija mnie na tylu płaszczyznach, że cały czas czuję swój progres. Mam zajęcia z tańca, śpiewu, aktorstwa, fortepian, teorię i historię muzyki. Wczoraj skończyłam sesję egzaminacyjną, wszystko zdałam w pierwszym terminie. Po egzaminie z wokalu profesorowie mnie docenili, wybrano mnie do reprezentowania klasy na dniach otwartych uczelni. Dostałam też propozycję udziału w projekcie od profesora z innej klasy. To daje mi ogromnego kopa.
– W Druidzie wystąpiłaś jako Daria Salamon Trio. Jak powstał ten skład?
– I to jest hit! Kriss, który gra na gitarze, pracuje z moim tatą jako spawacz. Okazało się, że ma zespół, w którym Borówa gra na basie. Poszliśmy na próbę dwa tygodnie temu, zagraliśmy razem i… zaskoczyło. Tutaj właśnie był nasz debiut. Bardzo się cieszę, bo Ruda Śląska niesamowicie doceniła mój sukces w „Szansie na sukces”. Dostałam nagrodę prezydenta miasta, Michała Pierończyka. Ludzie poznają mnie na ulicy, podchodzą, mówią, że oglądali mój występ, głosowali – to jest naprawdę bardzo miłe.
– Oprócz coverów zaśpiewałaś też autorski utwór, momentami liryczny. O czym opowiada?
– O nieudanej relacji miłosnej, ale to nie jest nic co pochodzi z mojego życia. Ja po prostu tworząc - lubię wcielać się w osoby, którymi nie jestem i kreować własną rzeczywistość. Jestem marzycielem. Chodzę wszędzie ze słuchawkami, słucham i wyobrażam sobie różne rzeczy. Czasem inspirują mnie historie bliskich osób. Wyobrażam sobie, co ja bym czuła na ich miejscu, piszę. To daje mi ogromną frajdę.
– Gdzie widzisz siebie za 5, a gdzie za 10 lat?
– Za 5 lat… chciałabym dalej grać w takich klimatycznych miejscach jak Druid, ale chcę też wypełniać stadiony. Czuję, że jestem osobą, która nigdy nie będzie miała „dość”. Chcę lecieć dalej, nie chcę się zatrzymywać. Ale jestem i zawsze pozostanę – Rudzianką.
Tego wieczoru, w Druidzie wszyscy poczuli, że są świadkami czegoś niezwykłego. Pojawia nam się ktoś, kto wzbudza nie tylko wielką sympatię i zachwyt dla niezwykłego głosu, ale i ciekawość tego, co będzie się działo dalej. Dario, ciąg dalszy nastąpi.






Komentarze