Patrycja Zając: muzyka wprost z serca
W dzisiejszym świecie, gdzie sukces mierzy się liczbą wyświetleń, Patrycja Zając zdaje się iść pod prąd, niosąc ze sobą autentyczność i spokój. Choć jej twórczość można znaleźć na największych platformach streamingowych, ona sama przyznaje, że jej muzyka nie powstaje z myślą o algorytmach, lecz z potrzeby serca. Debiutancki album Patrycji Zając „Na Nowo”, wydany zaledwie kilka miesięcy temu, to płyta, która nie daje się zaszufladkować: porusza się między funkiem, jazzem, popem i bluesem, ale zawsze wraca do emocjonalnego rdzenia – soulu. Każdy utwór to inny odcień tej samej historii: zaczynać życie na nowo i odnajdywać w sobie siłę, by iść dalej. Z Patrycją rozmawiamy o streamingu, tworzeniu, spełnianiu marzeń i planowaniu…

– Jesteś obecna na platformach streamingowych – co daje ci np. Spotify?
– Spotify to dla mnie przede wszystkim dowód, że moja muzyka istnieje poza moim pokojem prób. Widzę tam konkretne liczby: skąd są słuchacze, w jakim są wieku, jak rozkłada się płeć – Spotify for Artists daje mi mapę odbiorców. Te dane są przydatne, bo pozwalają zrozumieć, kto rezonuje z moimi piosenkami, ale one nie wyznaczają kierunku mojej pracy. Nie piszę „pod kogoś”. Tworzę z serca i wierzę, że jeśli coś jest prawdziwe, znajdzie swoje osoby po drugiej stronie. Platformy to dziś najprostsza droga dotarcia – dla słuchacza wygoda, dla artysty szansa na odnalezienie – ale sama forma dystrybucji nie zastąpi autentyczności w muzyce.
– Jak doszło do decyzji o wydaniu płyty – impuls, chęć weryfikacji, spełnienie marzenia?
– Wydanie płyty nie było moim odwiecznym marzeniem. Pisałam piosenki „do szuflady”, bo sam proces tworzenia dawał mi radość. Przełom przyszedł dzięki koleżance, która organizowała festiwal Metavera – powiedziała: „Nagraj singiel, to zrobimy twój koncert”. To był impuls, który mnie popchnął. Bałam się studia, bo jestem introwertyczką i sama myśl o kimś siedzącym za szybą mnie stresowała. Ale realizator okazał się opiekuńczy, a pierwsze trzy nagrania pokazały mi, że to wykonalne. Płyta stała się naturalnym krokiem, sposobem, by zamknąć pewien etap i pokazać, że mam coś własnego do powiedzenia. Proces wydawniczy był dla mnie szkołą. Finansowałam wszystko sama: muzyków, studio, miksy, mastering, więc trwało to dłużej niż gdyby był przy mnie wydawca. Dziś widzę, że to doświadczenie mnie ukształtowało: nauczyłam się planowania, promocji i tego, jak ważna jest spójność między dźwiękiem a obrazem.
– Skoro mowa o spójności, jak wybierałaś utwory i oprawę wizualną?
– Album to dla mnie opowieść, nie zbiór piosenek. Wybiera się utwory, które ze sobą rozmawiają: wprowadzenie, budowanie napięcia, oddech, zamknięcie – jak rozdziały w książce. Miałam wpływ na każdy detal: brzmienie, okładkę i książeczkę z moimi rysunkami. Okładkę zaprojektowała moja przyjaciółka, Monika Restecka; jej graficzne „zawijasy” idealnie oddały mój styl, a kiedy je zobaczyłam, pomyślałam: to jestem ja! Ta wizualna spójność była dla mnie równie ważna jak dźwięk.
– Czy wydanie płyty coś w Tobie zmieniło?
– Płyta zamknęła pewien etap i otworzyła nowe pola. Z perspektywy czasu widzę, że popełniłam błąd promocyjny – wydałam album pod koniec listopada, potem skupiłam się na zimowym singlu i odłożyłam promocję na bok. Teraz chcę wrócić do niej z nową energią i promować każdą piosenkę po kolei. Przyznać muszę, że media społecznościowe długo mnie zniechęcały – wolałam działania artystyczne. Ale to część współczesnej pracy muzyka. Nie można oczekiwać, że publiczność sama przyjdzie; trzeba ją zaprosić.
– Jesteś artystką bardziej „studyjną” czy „koncertową”?
– Czuję się „koncertowa”. Płyta była pretekstem do zaplanowania trasy z autorskim materiałem – do tej pory grałam głównie covery. Mam już zabukowany koncert w listopadzie, moja muzyka pasuje do jesieni, lubię klimaty „ciepłej herbaty i kołderki”. Chcę, by moje koncerty były intymne, „otulające”. Nie chcę grać „płaskich” popowych koncertów – moja twórczość jest niszowa, robiona z sercem, dla wybranych choć zapraszam do niej każdego. Autentyczność na scenie jest i będzie dla mnie ważniejsza niż liczby.
– Gdzie można kupić Twoją płytę?
– Płytę można zamówić na Bandcampie, znaleźć na Allegro lub napisać do mnie maila, wiadomość przez media społecznościowe. Jestem obecna na Spotify i YouTube, choć rzadziej z nich korzystam; preferuję Facebooka, Instagram. Na TikToku także wrzucam swoje treści, bo algorytm potrafi czasem podsunąć moją muzykę właściwym ludziom.
Album powstał dzięki pracy zespołu, który nadał brzmieniu pełnię i charakter: Patrycja Zając: wokal, kompozycje i teksty; Anna Pawlak: fortepian i aranżacje; Norbert Pawlak i Przemysław Hanaj na gitarach; Grzegorz Kasperczyk przy instrumentach klawiszowych; Sławek Berny – perkusjonalia, Szymon Madej i Sam Levin na perkusji; Wojciech Gąsior i Mateusz Szewczyk na basie, przy czym Mateusz zagrał także na kontrabasie; Cyryl Lewczuk dodał saksofonowe frazy; Michał Kielak zagrał harmonijkę ustną; partie wokalne wsparły Anna Bratek, Martyna Kubiak i Krzysztof Drożniewicz, w tym partie w utworze „Trochę Dobra”. Do tego grona dołączyli realizatorzy i inżynierowie dźwięku, osoby odpowiedzialne za miks i mastering, graficy i współautorzy oprawy wizualnej – bez ich pracy i przyjacielskiego wsparcia płyta nie brzmiałaby tak pięknie.
Patronem medialnym płyty Patrycji Zając są Wiadomości Rudzkie. bl
Autor wpisu