Facebook
Aktualny numer

Najlepszy tygodnik i portal społeczno-kulturalny
w Rudzie Śląskiej

Śląsk, Afryka… i kanibale

07-01-2026, 11:16 PT Foto: arch. prywatne

Tadeusz Biedzki to wielokrotnie nagradzany pisarz, dziennikarz, podróżnik i przedsiębiorca. Urodzony i przez wiele lat mieszkający w Rudzie Śląskiej, znawca Afryki i autor wielu książek jej poświęconych. Dziś, w pierwszym wywiadzie dla rudzkich mediów, rozmawiamy z nim o Czarnym Lądzie, podróżach i… związanym z nimi ryzykiem.

 

PT: Pisze pan zarówno książki podróżnicze, reportaże, jak i powieści sensacyjno – historyczne. I od tych ostatnich chciałem zacząć. Ile w tej fikcji literackiej jest prawdy?

TB: Moi czytelnicy znają mnie głównie jako autora książek podróżniczych, ale faktycznie piszę też powieści historyczno – sensacyjne. Jeśli pyta Pan ile jest w nich prawdy, odpowiedź brzmi: bardzo dużo. Zawsze staram się opisywać świat dokładnie takim, jakim jest. Dotyczy to zarówno książek podróżniczych, jak i sensacyjno – historycznych. Te historyczne mają zawsze wyraźne tło w formie prawdziwych wydarzeń i historycznych postaci. Bardzo zwracam na to uwagę. Czasem, jeśli mam wątpliwości w jakimś temacie, sięgam po pomoc historyków. I na tym prawdziwym tle buduję postacie fikcyjne służące mojej fabule.

PT: W pańskich książkach widać duże przygotowanie. Chyba przydaje się tutaj doświadczenie z pracy dziennikarskiej.  

TB: To prawda. Dziennikarstwo stanowi dobrą szkołę pisania o faktach. Aczkolwiek dziś, niestety często, bywa inaczej. Czasem wynika to z pośpiechu, którym naznaczone jest współczesne życie. Czasem po prostu z niechęci do wysłuchania obu stron, często z powodów politycznych. Dlatego później musimy mierzyć się z fałszywymi informacjami. A to przynosi fatalne skutki.

PT: A w jaki sposób dziennikarz staje się pisarzem?

TB: Moja droga do pisania książek była dość długa. Pierwsze książki napisałem jeszcze jako dziennikarz. Ale już wówczas czułem, że nie wystarcza mi taka krótka formuła. W związku z tym, w 1981 roku, napisałem książkę ,,Władcy Śląska”. Przedstawiłem w niej czołowych śląskich dygnitarzy lat 70 i to w jaki sposób ich władza łamała kręgosłup społeczeństwu oraz poszczególnym ludziom. Książka liczyła jakieś 80-90 stron. Czyli format pomiędzy książką a dużym reportażem. Potem było ,,Miasto na wulkanie”, opowiadające o niszczejącym Bytomiu oraz ,,Ślązacy i Schlesierzy”. I chyba właśnie ona przyniosła mi najwięcej czytelników. Przedstawiłem w niej strukturę społeczną ówczesnego Śląska. To że żyli tu zarówno niemieccy Ślązacy, czyli  Schlesierzy oraz polscy, czyli po prostu Ślązacy. Pokazałem relacje między nimi, bazując m.in. na doświadczeniach własnej rodziny. Właściwie nawet nie sądziłem, że ta książka się ukaże. Mówimy cały czas o latach 80. Ale jakimś cudem udało się, a ,,Ślązacy i Schlesierzy” wzbudzili ogromne zainteresowanie. I to były moje pierwsze książki. Później skończył się komunizm. Ja byłem już wówczas troszkę wypalony dziennikarsko. Zająłem się zatem biznesem. Z resztą do dzisiaj jestem przedsiębiorcą. Wraz z upadkiem komunizmu zacząłem też podróżować. Pamiętam, że pierwszy dalszy wyjazd był do Tunezji. Ale to stadne chodzenie, charakterystyczne dla grupowych wycieczek, szybko zaczęło mnie nużyć. Toteż wynająłem samochód i rozpocząłem zwiedzanie na własną rękę. Przejechałem tak całą Tunezję, poznając ją i jej mieszkańców z bliska. Tak zaczęły się moje podróże. Przez kolejne dwadzieścia lat regularnie jeździłem do Afryki. W tym czasie moje firmy rozrosły się na tyle, że nie wymagały już mojego stałego nadzoru. Zająłem się jedynie ich strategią, coraz więcej obowiązków oddając swoim menadżerom. Mam ich zresztą naprawdę świetnych. A że zaczynało mi brakować pisania, zabrałem się za swoją pierwszą książkę podróżniczą. Tak powstał ,,Sen pod Baobabem”. Odniósł duży sukces, została nawet wybrany podróżniczą książką roku 2012. Potem pisałem kolejne i kolejne, w tym ,,Wyspy niepoliczone”. Opowiadam w niej o Indonezji, po której odbyłem kilka podróży. Poznałem tam Polaka, który dziś jest moim przyjacielem. Mieszkał w Indonezji od kilkunastu lat, miał indonezyjską żonę, dzieci, dobrze poznał ten kraj. Kontakt z nim i jego wiedza o kraju okazały się bardzo pomocne. Dlatego napisałem tę książkę. Była to pierwsza polska książka, która opisuje całą Indonezję. A to niełatwe zadanie. Jest sporo książek o indonezyjskich regionach czy ludach. Ale wielu autorom, w tym również mnie, napisanie książki o całej Indonezji wydawało się niemożliwe. Tak naprawdę jest to bowiem kontynent. Indonezja rozciąga się od zachodu do wschodu na długości 5 tysięcy kilometrów. To podobna odległość jak między Portugalią a Uralem. Z tym, że ten kraj jest dużo bardziej zróżnicowany niż Europa. Tam żyje kilkaset ludów, które używają kilkuset języków i wyznają sześć religii. Ale udało mi się znaleźć pewien patent: wybrałem to, co najważniejsze i najbardziej charakterystyczne dla Indonezji. Dlatego, choć moja książka nie pozwala poznać jej całej, to jednak pozwala wyrobić sobie wyobrażenie o niej. Zwłaszcza, że jest w niej też trochę historii.

 PT: A co opisuje się ciekawiej, czy przyjemniej? To co odległe i egzotyczne, czy bardziej to co bliskie, jak Śląsk i górnictwo?

 TB: To trudne pytanie. Ale właściwie opisuje się je tak samo. Ważne jest tylko to, by znaleźć ciekawy temat, sytuacje czy ludzi i by umieć o nich opowiedzieć.

 PT: A ma pan, po tych ponad trzydziestu latach podróżowania po świecie, jakieś szczególnie bliskie miejsce? Takie, które najchętniej pan odwiedza?

TB: Nie, nie mam takiego miejsca. Świat jest tak niesamowicie ciekawy i różnorodny, że wszędzie chciałbym wrócić. Oczywiście są miejsca, gdzie chciałbym wrócić bardziej. Na przykład bardzo lubię Mali. To wspaniały kraj, kwintesencja Afryki. Teraz niestety jest tam bardzo niebezpiecznie. Chociaż kiedy byłem tam ostatni raz też tak było. Miałem wówczas niezwykłą okazję spotkania w oazie tuareskich wojowników, przygotowujących powstanie. Wybuchło dwa miesiące po moim wyjeździe. Kolejne przegrane i z pewnością nie ostatnie powstanie Tuaregów. To bardzo ciekawy lud, który w swej walce o niepodległość nigdy się nie podda, ale i nigdy nie wygra. Żyją na obszarze siedmiu afrykańskich państw, choć nie podporządkowują się władzy żadnego z nich. Ich ojczyzną jest Sahara. Dlatego niełatwo jest ich później ścigać, bo znają ją lepiej niż ktokolwiek inny. W czasie jednej z wypraw pojechaliśmy z żoną w głąb Sahary. Naszym przewodnikiem był Tuareg. I w pewnym momencie zapytał mnie: Taddy, wiesz, gdzie jest Timbuktu? Wyjechaliśmy z tego miasta leżącego u wrót Sahary jakieś trzy godziny wcześniej. Rozejrzałem się dokoła i pokazałem, jak mi się wydawało, właściwą stronę. A on odpowiedział: Nie, tam. I wskazał zupełnie inną. W niektórych miejscach Sahary zupełnie nie ma zasięgu, nowoczesny sprzęt z nawigacją staje się bezużyteczny. Nic dziwnego, że Sahara skrywa kości tysięcy ludzi.

 PT: Napisał pan w ,,Dziesięciu bramach świata”, że to jedno z tych miejsc, do których nie dociera żadna władza.

 TB: Tak, zresztą nie tylko tam. Jest wiele takich miejsc na świecie. Na przykład w afrykańskiej dżungli albo w Amazonii. Władza jako tako działa wzdłuż do wybrzeży Amazonki, którą pływają łodzie patrolowe. Ale w głębi dżungli żyją plemiona, które nie widziały białego człowieka. Świetnym przykładem takiego miejsca, do którego nie dociera żadna władza jest indonezyjska Papua. Rozciąga się tam cudowna dżungla, bardzo dzika, w której ludzie żyją według modelu życia sprzed trzech tysięcy lat. W niektórych z tamtejszych wiosek rzeczą normalną jest na przykład kanibalizm. I to nie dlatego, że oni są głodni. Bo nie są. Przecież w dżungli jest tyle możliwości posiłku. Oni nie potrafią bez tego kanibalizmu żyć. Dla nich zjadanie wybitnego wodza jest sposobem na przejęcie jego siły. A zjadanie swojego przodka jest czymś w rodzaju kontynuacji historii. Wie pan, to są naprawdę prymitywne ludy. Oni nie potrafią czytać ani pisać. Nie mają swojej historii. Dla nich łączność z poprzednimi pokoleniami dokonuje się poprzez zjedzenie przodka. Dla nas to brzmi okrutnie, a dla nich jest normalne. To jedna część Papui. Ale w są w niej też takie wioski, do których cywilizacja już dotarła. Rząd, za pomocą policji i wojska wytępił w nich kanibalizm. I wie pan co się stało z tymi ludźmi? To samo co z Indianami w Ameryce. Rozpili się. Utracili sens swojego życia, tradycję i łączność z przodkami. Natomiast w tych wioskach, do których policja ani wojsko nie dociera, ludzie żyją po swojemu. Oczywiście były próby ucywilizowania ich. Ale spełzły na niczym, gdy żołnierze z ciężką bronią gubili się w dżungli, tonęli w bagnach, a przede wszystkim ginęli wystrzelani przez Papuasów ukrytych między drzewami i krzakami. Po paru takich podejściach władze indonezyjskie wycofały się z pomysłu pacyfikacji dżungli. I bardzo dobrze. Bo nie można przeskoczyć trzech tysięcy lat cywilizacji. Można przeskoczyć pięćdziesiąt albo sto. Ale nie trzy tysiące. To zawsze skończy się niepowodzeniem.

PT: A jak odnajduje się Pan, jako Polak i Europejczyk, w tych najbardziej egzotycznych zakątkach świata? Wśród ludów, które mają kompletnie inne postrzeganie pewnych zjawisk i rzeczy. Tak jak w przypadku tych Papuasów i kanibalizmu. I jak na to postrzeganie wpłynęło ponad trzydzieści lat podróżowania?

TB: Zawsze byłem dość tolerancyjny. Ale prawdziwej tolerancji nauczyły mnie podróże. Kiedy na własne oczy zobaczyłem na jak różne sposoby potrafią żyć ludzie. Jak zupełnie inaczej postrzegają te same zjawiska. Jestem przekonany, że mają do tego prawo. To jest ich życie, ich społeczność. Bo kto powiedział, że cały świat musi być zbudowany na modłę zachodnią? Albo że nasza cywilizacja jest najlepsza? W biednym Trzecim Świecie widziałem bardziej szczęśliwych ludzi niż w bogatej Europie.

 PT: A jak wygląda komunikacja podczas podróży? Jakie trzeba znać języki, żeby tak swobodnie poruszać się po świecie?

TB: Na pewno dobrze jest znać angielski. Z nim można sobie poradzić niemal wszędzie. Przydaje się też francuski, ale tak naprawdę bardzo często bywam w sytuacji, gdy w ogóle nie znam języka tubylców. Na przykład w jakiejś odciętej od świata wsi w dżungli. I wtedy trzeba polegać na oczach. Mieszkając wśród tubylców, choćby przez kilka dni, poznaję ich życie. Kiedyś w nocy we wsi afrykańskiej wyszedłem za potrzebą, a następnego dnia podszedł do mnie szaman i zaczął coś mówić. Oczywiście w swoim języku. Po chwili jakoś zrozumiałem o co mu chodzi. Próbował mi wytłumaczyć, że w nocy nie wolno wychodzić. Opowiedziałem to potem pewnemu wykształconemu Afrykaninowi. I on powiedział mi: Wiesz, dla nas, animistów noc to nie jest czas ludzi. To czas duchów. Zresztą zetknąłem się z tym nie tylko w Afryce. W czasie jednej z podróży po Indonezji trafiłem do wioski rybackiej. Postanowiliśmy wtedy z żoną pójść wieczorem na plażę, bo zaciekawiły nas palące się tam ognie. Ale wtedy ktoś nas zatrzymał i zaczął mówić, że nie wolno nam tam iść. Był z nami nasz indonezyjski przyjaciel Piotr, który przetłumaczył, że według mieszkańców wioski, w nocy na plaży spotykają duchy rybaków, którzy zginęli na morzu. Dla nich na plaży pali się te ognie. I nie wolno im przeszkadzać.

PT: Czyli znowu noc przeznaczona dla duchów. To bardzo ciekawe, że w różnych rejonach świata, tak odległe od siebie kultury myślą podobnie.

TB: Świat jest bardzo zróżnicowany, a jednocześnie podobny.

PT: Opisuje pan w swoich reportażach wiele niezwykłych i niebezpiecznych wydarzeń. Są wśród nich sytuacje, które mogły grozić uszczerbkiem na zdrowiu, a nawet utratą życia. Czy da się pana jeszcze czymś zdziwić, albo wystraszyć?

TB: Myślę, że każdego da się zadziwić i wystraszyć. Ale mnogość tych niebezpiecznych sytuacji wynika z mojego charakteru. Zawsze lubiłem chodzić tam, gdzie było groźnie. To mnie fascynowało.

PT: Lubi pan ryzyko?

TB: Wie pan, ryzyko jest solą życia. Bez niego życie staje się nudne. Ale na szczęście zawsze miałem też pewien hamulec, ponieważ we wszystkich moich podróżach towarzyszy mi żona. Ta świadomość, że muszę dbać również o jej bezpieczeństwo sprawia, że jestem bardziej ostrożny. Może dzięki temu nadal żyję. Z resztą żona raz dosłownie uratowała mi życie. To było w trakcie jednej podróży po Turcji. Doszło wówczas do trzęsienia ziemi, w efekcie czego hotel, w którym mieszkaliśmy zaczął się zawalać. Kiedy uciekaliśmy z pokoju i zbiegaliśmy na dół, chwyciłem się poręczy. Ta jednak urwała się i pociągnęła mnie w dół. Na szczęście żona chwyciła mnie wtedy za rękę. Dlatego zawdzięczam jej życie.

PT: Dziękuję z rozmowę.

 

 

 


Komentarze