Facebook
Aktualny numer

Najlepszy tygodnik i portal społeczno-kulturalny w Rudzie Śląskiej

Prawdziwy egzamin z samorządności

09-06-2020, 13:39 Joanna Oreł

Tegoroczne obchody Święta Herbu i 30-lecia samorządności odbyły się po cichu i bez fajerwerków. Bo też i trudno o to, gdy nadal głównym problemem dla samorządów i rządu jest walka z koronawirusem, zastój gospodarczy oraz kolejne konsekwencje trwającej epidemii. Między innymi o tym rozmawiamy z prezydent miasta Grażyną Dziedzic.

– W tym roku obchodzimy 30-lecie samorządności, a w minioną sobotę odbyły się skromne obchody Święta Herbu. Nie będzie także hucznych Dni Rudy Śląskiej, a reszta imprez i koncertów stoi pod znakiem zapytania. Dzisiaj oczywiście epidemia jest tematem „numer jeden”, ale czy nie powinniśmy już myśleć o tym, co będzie dalej?
– Żeby dobrze zarządzać miastem, trzeba myśleć perspektywicznie. Gospodarcze i społeczne skutki epidemii będą dopiero w pełni odczuwalne za jakiś czas, stąd też musimy przygotować się na różne scenariusze, nawet te najczarniejsze, a przede wszystkim już teraz im przeciwdziałać. Próbujemy szacować, jakie straty może ponieść miasto z powodu pandemii i zeszłorocznych zmian w prawie, podatkach i wynagrodzeniach, choć jest to dość trudne. Na tę chwilę zakładamy, że dochody do miejskiego budżetu w 2020 roku mogą być przez to od 46 do 69 mln zł mniejsze niż planowane. Potwierdzeniem tych prognoz są wpływy z udziału w podatku PIT, które za kwiecień były mniejsze o 8 mln zł w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 r. Podobną tendencję spadkową odnotowują samorządy w całym kraju. W tej sytuacji musieliśmy przeanalizować plan wydatków i z części z nich zrezygnować. Mam nadzieję, że tylko tymczasowo.

– Czy to oznacza, że Rudę Śląską czekają „chude lata”?
– Zrobimy wszystko, by tak nie było. Zobaczymy, jak poukłada się sytuacja na rynku budowlanym. W ostatnich paru latach oferty w przetargach były dużo wyższe od cen kosztorysowych. Było to spowodowane między innymi tak zwanym rynkiem pracownika, na co wpływ miało rekordowo niskie bezrobocie. Jednak teraz może się to zmienić. W tej chwili nie wiemy dokładnie, ile osób straciło pracę z powodu pandemii, bo część z nich jest jeszcze w okresie wypowiedzenia. Może być zatem tak, że teraz to znów pracodawcy będą dyktować warunki, przez co wynagrodzenia będą niższe, a to będzie miało wpływ na oferty. Jest jeszcze jedna sprawa – w ostatnich latach samorządy przeżywały prawdziwy boom inwestycyjny, przez co firmy mogły wybierać w zleceniach i zawyżać ceny. Teraz to na pewno się zmieni, bo gminne budżety będą nadwyrężone z jednej strony przez skutki epidemii, a z drugiej przez niekorzystne dla nas zmiany w prawie, wynagrodzeniach i podatkach. Dodatkowo kończy się aktualna perspektywa unijna. Tym samym samorządom do czasu podziału nowych środków unijnych przykręcony zostanie kurek z pieniędzmi.

– Jakie wyzwania czekają rudzki samorząd?
– Powrót do „normalności” będzie wymagał zaangażowania olbrzymich środków. Budżet musi być gotowy na wzrost wydatków, zarówno tych dotyczących bieżącego funkcjonowania, jak i wydatków inwestycyjnych, które pobudzą sektor lokalny. Staramy się wygospodarować pieniądze przede wszystkim na tzw. wkład własny do projektów unijnych, bo bez tego możemy stracić dotacje. Jeżeli te środki nam przepadną, to niektóre inwestycje prawdopodobnie nigdy nie powstaną, bo nie będzie nas na nie stać. Niestety, rozwiązania przewidziane kolejnych „tarczach antykryzysowych” nie przewidują wystarczającego zrekompensowania samorządom utraconych dochodów i zwiększonych wydatków, co umożliwiłoby nam sprostanie nadchodzącym wyzwaniom. Nowe przepisy wprawdzie dają nam większą swobodę w gospodarowaniu budżetem oraz w zadłużaniu się, ale kolejne kredyty nie rozwiążą wszystkich naszych problemów.

– W ostatnich miesiącach dosyć często z ust samorządowców padają zarzuty w kierunku rządu, że na samorządy nakładanych jest zbyt dużo obowiązków, a miasta coraz bardziej muszą zaciskać pasa. W drugą stronę kierowane są z kolei słowa o „nieudolności samorządów”. Naprawdę tak trudno o współpracę?
– Żeby współpracować, trzeba woli dwóch stron. Bardzo często nas się nikt o nic nie pyta – nas się informuje poprzez konferencje prasowe i wyświetlane podczas nich prezentacje. Dopiero potem publikowane są akty prawne, które musimy wykonywać. Niejednokrotnie konstruowane są one bez żadnej konsultacji ze środowiskiem samorządowym. Mam wrażenie, że głos samorządowców jest kompletnie ignorowany. Możemy sobie pisać pisma, apelować, prosić… I nic z tego nie ma. To głos wołającego na puszczy…

– Nie do końca… Podczas niedawnej konferencji prasowej marszałek Sejmu odniosła się przecież do Pani stanowiska w sprawie wyborów prezydenta RP, które miały odbyć się 10 maja. Zatem ktoś chyba przeczytał Pani pismo?
– Tak, zostaliśmy wymienieni wśród takich znakomitych miast, jak Sopot, Gdańsk, Poznań, Wrocław… Tyle tylko, że w kontekście negatywnym, bo zdaniem pani marszałek, apelując o zmianę terminu wyborów, nie kierowaliśmy się przesłankami merytorycznymi, tylko stosowaliśmy obstrukcję i z góry zakładaliśmy, że się nie da ich przeprowadzić. Nic to, że w tamtym czasie obowiązywały surowe restrykcje, a mieszkańcy bali się o zdrowie swoje i swoich rodzin. Co gorsza, te obawy były w pełni uzasadnione. Nadal są, bo epidemia jeszcze się nie skończyła, pomimo „poluzowania” obostrzeń i częściowego „odmrożenia” gospodarki. Tyle tylko, że już teraz trochę nauczyliśmy się żyć z koronawirusem. Naszym zadaniem jako samorządowców jest chronić ludzi, bo jesteśmy ich reprezentantami i na poziomie lokalnym jesteśmy najbliżej ich problemów. Niestety, zamiast nam podziękować, oskarża się nas o nieudolność i złą wolę. Dla ratowania własnego wizerunku z samorządów zrobiono „chłopca do bicia”. Te działania wywołały stanowczy protest naszego środowiska, które w tej sprawie wydało specjalne oświadczenie. Podpisali się pod nim przewodniczący pięciu największych korporacji samorządowych. Ja również ze swojej strony poparłam to stanowisko, bo sugerowanie w przestrzeni medialnej, że samorządowcy są wykonawcami poleceń partyjnych, jest niedopuszczalne! Zarówno ja, jak i znaczna większość wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, jesteśmy osobami bezpartyjnymi, wybranymi z lokalnych komitetów wyborczych. Karygodne jest stawianie nam zarzutów „sabotażu” i „działań antypaństwowych”. Wykonujemy swoje obowiązki na podstawie i w granicach prawa, respektując Konstytucję.

– Cały czas się zastanawiam, czy naprawdę nie można było się w tej sprawie bezkonfliktowo porozumieć? Przez te wszystkie „przepychanki” powstał zamęt prawny.
– Za chaos wyborczy nie są odpowiedzialne samorządy, tylko politycy, którzy „na kolanie” tworzyli nowe prawo i przegłosowywali je w Sejmie. Teraz „zwalają” na nas winy za swoje niepowodzenia. Aż się boję, co by było, gdyby samorządy bezrefleksyjnie wykonywały wydawane im polecenia i bez podstawy prawnej przekazały Poczcie Polskiej spisy wyborców. Na szczęście jesteśmy niezależni i tej niezależności będziemy bronić jak niepodległości. Najbardziej boli mnie to, że te wszystkie ciosy są nam wymierzane w czasie jubileuszu 30-lecia samorządności.

– Jakie wyzwanie dla Pani – z punktu widzenia samorządowca – było najtrudniejsze, odkąd jest Pani prezydentem miasta? Co uważa Pani za sukces, a co można było zrobić lepiej?
– Najtrudniejsze było wyciągnięcie miasta z zapaści finansowej, którą zostawił mi „w spadku” mój poprzednik, ale jednocześnie to był nasz największy sukces. Wymagało to podjęcia wielu niepopularnych decyzji, jak na przykład „cięcia” wydatków, rezygnacji z inwestycji czy też ograniczenia zatrudnienia w urzędzie i miejskich instytucjach. Nie ukrywam, że wiele mnie to kosztowało, bo z jednej strony na szali była przyszłość całego miasta, a z drugiej za tym wszystkim często stały ludzkie historie. Z perspektywy czasu wiem jednak, że to był prawidłowy kierunek, bo miasto stało na skraju bankructwa. Pewnie można było ten proces przeprowadzić sprawniej, bo nigdy nie jest tak, że nie można czegoś zrobić lepiej. Wtedy jednak nie miałam jeszcze tego całego bagażu doświadczeń, który zdobyłam przez prawie dziesięć lat prezydentury.


Komentarze