Anatomia upadłego anioła
W kwietniu premierę miała debiutancka powieść „Luna Moth” – mroczna urban fantasy z elementami dramatu i romansu erotycznego autorstwa Matta Childeisa – Mateusza Siedlicha. Rozmawiamy z autorem o traumach, aniołach i Śląsku, który pozostaje jego najważniejszym punktem odniesienia.

– Pisanie ma dla Pana znaczenie osobiste…
– Chęć tworzenia była ze mną od zawsze. Jako dziecko uwielbiałem wymyślać nowe zakończenia dla filmów i bajek, które oglądałem. Kiedy miałem 12–13 lat, zacząłem pisać po nocach krótkie opowiadania o potworach i kosmitach. To był mój sposób na odseparowanie się i odreagowanie rzeczywistości domowej. Życie w domu alkoholika mocno napiętnowało moją wrażliwość i twórczość, co zresztą wyraźnie widać w moim debiucie. Pisanie dało mi bezpieczną przestrzeń, schronienie.
– Pierwsza powieść to gatunkowa hybryda: mamy tu anioły, demony a wszystko to splecione z wątkiem romansowym i erotycznym. Skąd wziął się pomysł na tytułową „Księżycową Ćmę”?
– Początkowo książka miała nosić tytuł „Gdy aniołowie przymykają oczy”. Tytułowa Luna moth pojawiła się nagle. Trafiłem na opis tego konkretnego, niesamowitego motyla – ćmy księżycowej.To stworzenie jest nienaturalnie duże, wielkości ludzkiej dłoni, co samo w sobie potrafi wywołać dreszcze. Najbardziej uderzyło mnie jednak to, że ten motyl nie posiada układu pokarmowego. Żyje zaledwie dwa dni, a jedynym sensem jego krótkiej egzystencji jest światło i rozmnażanie. To dało mi potężny bodziec do stworzenia postaci głównego bohatera, anioła, który stał się demonem. Skoro jego istotą jest tylko światło i kopulacja, idealnie zgrało mi się to z wizją faceta nieco rozwiązłego, którego główna bohaterka przyrównuje właśnie do takiego stworzenia. Poza tym ćma w kulturze od zawsze jest symbolem zagubionych dusz, które ślepo lecą w kierunku utraconego światła, nawet jeśli ma je to spalić.
– Ostatecznie okazuje się, że pod tą popkulturową, erotyczną maską kryje się opowieść o czymś znacznie trudniejszym. O żałobie.
– Główny bohater, Raspael, to były anioł stróż, który zbuntował się przeciwko boskiemu przeznaczeniu i stał się demonem poruszającym się na granicy snu i jawy. Fabuła „Luna Moth” skupia się na jego wielkiej, destrukcyjnej żałobie. Ten motyw straty nie wziął się znikąd. Kilka lat temu, w trakcie pandemii, w odstępie zaledwie pięciu dni zmarli moi dziadkowie. Byłem wtedy objęty kwarantanną, nie mogłem ich pożegnać, nie mogłem być na pogrzebie. Przeżyłem to bardzo głęboko, żałobę zamknąłem dopiero w zeszłym roku, ale ta tęsknota we mnie została. Ona mnie teraz napędza. Strata i próba poradzenia sobie z nią – to tematy, które chcę eksploatować również w kolejnych książkach.
– W książce pojawia się też niezwykle plastyczny i przerażający koncept zaświatów – przestrzeń, którą nazywa Pan „Śmietnikiem Boga”. To czyściec?
– Tak, to nie jest klasyczny czyściec, ale przestrzeń całkowicie pozbawiona kolorów, sterylna, wszechobecna biel. Zainspirowałem się tutaj tak zwaną „torturą białego pokoju”, którą stosowano m.in. w Związku Radzieckim. Człowieka zamyka się w takiej przestrzeni, gdzie ściany, podłoga, sufit i meble są idealnie białe. Po kilku tygodniach w takiej nicości ludzki umysł kompletnie się zatraca, człowiek po prostu wariuje. Ofiary tej tortury potrafiły celowo się kaleczyć, żeby na ten potworny brak bodźców nanieść jakikolwiek kolor – choćby kolor własnej krwi. W moim świecie anioł, który miał dopilnować śmierci swojej podopiecznej, za karę spędził w takim „śmietniku” trzydzieści lat. Ta nicość kompletnie go wypaczyła i uczyniła z niego głównego antagonistę historii – demona.
– Choć współczesny świat staje się coraz bardziej „namacalny”, popkultura wciąż jest wręcz zalewana motywami metafizycznymi. Dlaczego tak bardzo potrzebujemy tych opowieści?
– Dzisiaj traktujemy demony, anioły, trochę jak figury z mitologii – jak Zeusa czy Herkulesa. To stało się elementem popkultury, z którego uleciała tradycyjna iskra wiary. Ale pod tym kryje się głębsza potrzeba. Niezależnie od wyznawanej religii, człowiek desperacko potrzebuje zapewnienia, że istnieje jakaś „druga strona”, że ta ziemska skorupa to nie wszystko i po śmierci idziemy jednak dalej. To daje nadzieję, że jeszcze kiedyś spotkamy tych, których utraciliśmy. Pisząc i czytając o tych rzeczach, chcemy wierzyć, że otacza nas coś więcej, jakaś niewidzialna siła, a to, co zbywamy mianem „przypadku”, bywa drobną, subtelną, boską czy też anielską ingerencją. Ta tajemnica zawsze będzie nas przyciągać.
– Kolejną tajemnicą jest świat aniołów…
– Anioły są dla mnie czymś znacznie więcej niż literackim motywem – to mój osobisty fundament. Ta więź zaczęła się, gdy jako pięciolatek nauczyłem się modlitwy „Aniele Boże…”. Od tamtej pory ta relacja stała się tak silna, że choć rzadziej zwracam się bezpośrednio do Boga, to do anioła modlę się zawsze. Szczególnie ważny jest dla mnie Archanioł Michał, wojownik z mieczem, który strąca złe duchy i posiada realną moc odpychania negatywnych energii. Jako DDA (Dorosłe Dziecko Alkoholika), dorastający w domu pełnym lęku przed ojcem i przemocy, widziałem w Michale opiekuna, który zapewniał mi poczucie bezpieczeństwa. W „Luna Moth” anioły są sposobem na pokazanie, że istnieje „coś więcej” niż świat materialny. Ta moja fascynacja ma swoje źródła w lekturach – od Doroty Terakowskiej po Emanuela Swedenborga, który pisał o aniołach żyjących wśród nas. Dla mnie anioły to byty, które pomogły mi przetrwać najtrudniejsze momenty i ukształtowały moją wyobraźnię.

– Na co dzień funkcjonuje Pan jednak w pragmatycznym świecie. Pracuje Pan w zespole, gdzie 90% załogi to mężczyźni. Jak reagują na to, że ich kolega napisał… bądź co bądź, pełen emocji romans erotyczny?
– (śmiech) Reakcje są niesamowite! Jeden z kolegów z pracy, Mychajło, Ukrainiec, podszedł do mnie i powiedział wprost: „Tyś jest pisak”. Nie bardzo wiedział, jak zamówić książkę przez internet, więc poprosił o pomoc – bo jak sam stwierdził, głupio byłoby pracować z „pisakiem” i nie mieć na to żadnego dowodu. Paradoksalnie, to właśnie w pracy myśli mi się najlepiej. Przy powtarzalnych, fizycznych czynnościach, kiedy ciało działa automatycznie, umysł ma pełną wolność.
– Przyznał Pan, że namiętnie czyta i słucha literatury uznawanej za „kobiecą” – romansów i erotyków…
– Nie mam problemu, żeby się do tego przyznać. Rocznie potrafię przesłuchać w formie audiobooków blisko 100 pozycji i ponad połowa z nich to książki pisane przez kobiety lub z kobiecą protagonistką. Autorki fantastycznie potrafią opisywać emocje, psychologiczne niuanse. U facetów pisanie bywa surowe, jakbyśmy bali się głębiej wejść w to, co przeżywamy. Ale kobieca wrażliwość bardzo mi odpowiada, głęboko przeżywam własne emocje i w tej wersji literatury po prostu świetnie się odnajduję. Jako twórców, od których uczę się warsztatu i głębi, cenię Fiodora Dostojewskiego, Harukiego Murakamiego, wybitną badaczkę literatury Marię Janion, zaczytuję się w bestiariuszach słowiańskich Pawła Zycha i Witolda Vargasa. Po skończeniu pisania zbierałem się przez bity rok, nim odważyłem się wysłać tekst do jakiegokolwiek wydawnictwa. Ciągle miałem z tyłu głowy ten paraliżujący strach: „to nie jest gotowe, nie jest idealne, muszę jeszcze poprawić”. Rozesłałem tekst do większości wydawnictw w Polsce. Odpowiedziało tylko jedno – ale na szczęście takie, które specjalizuje się właśnie w wyłapywaniu debiutantów i podawaniu im ręki. Piszę dość lekkim, przystępnym piórem, nie chciałem budować wokół tej historii filozoficznego muru, przez który czytelnik musiałby się przebijać. Chciałem, żeby ta książka dała ludziom rozrywkę, ale też zostawiła w nich jakąś małą iskierkę do przemyśleń.
– Książka ma blisko 800 stron – to prawdziwa cegła…
– Rzeczywiście, wyszedł z tego spory „bestsellerowy” gabaryt (śmiech), ale odbiór jest pozytywny. Miałem jedną negatywną opinię, żona kolegi jest recenzentką, wysłałem jej tekst do oceny. Po przeczytaniu pierwszych stu stron stwierdziła, że ją to po prostu nudzi. Pomyślałem wtedy: „Ok, to jest ważny feedback, nad tymi pierwszymi stronami trzeba mocniej popracować”. Ale potem jej mąż opowiedział mi, że kiedyś próbowała czytać „Wiedźmina” Sapkowskiego i rzuciła go już po pierwszej stronie, bo… też ją znudził. Skoro Sapkowskiego rzuciła po jednej stronie, a u mnie przebrnęła przez sto, to znaczy, że jestem sto razy lepszy? (śmiech) . W każdej negatywnej opinii staram się znaleźć jakiś pozytyw.
– „Luna Moth” już żyje własnym życiem, a co dalej ?
– Pracuję nad trzema kolejnymi projektami. Czasem mam barierę z pisaniem w domu – kiedy żona i córka są obok, nie potrafię się odciąć. Gdy mała podchodzi i mówi: „tata, choć zobacz coś”, rzucam wszystko i idę do niej, rodzina jest najważniejsza. Ale pomysły cały czas pączkują. Jeden z większych projektów to seria, która pierwotnie miała być skierowana do dzieci, ale ostatecznie widzę w niej tak mroczny potencjał, że pójdzie raczej do starszego czytelnika. Co dla mnie najważniejsze – wszystko, co tworzę, jest i będzie nierozerwalnie związane ze Śląskiem, z Rudą Śląską, z Halembą. To jest mój hajmat, mój dom. Uwielbiam anioły, demony, uwielbiam metafizykę, ale to wszystko musi być osadzone tutaj, w naszej śląskiej tożsamości.
Autor wpisu